Na szczycie Piton de la Petite Rivière Noire

Najwyższa góra na Mauritiusie – Piton de la Petite Rivière Noire

Najwyższa góra na Mauritiusie – Piton de la Petite Rivière Noire

Niedziela. Trzeci dzień na Mauritiusie. Dziś idę na górę. Na Piton de la Petite Rivière Noire, czyli na najwyższą górę Mauritiusu. Ma zaledwie 828 m n.p.m. To najniższa góra, na którą wchodzę w Afryce. Czy najłatwiejsza? Może się okazać, że niekoniecznie.

W znalezieniu drogi na szczyt pomoże mi Gertruda, mieszkająca na Mauritiusie od ponad 20 lat i prowadząca biuro Tropikalne Wakacje. Wybiera się na górę ze znajomymi, córką i kilkoma turystami z Polski. Mam im towarzyszyć. Dzięki temu nie będę szukał szlaku.

Start na górę dopiero o 10.00, więc udaje mi się nawet zjeść śniadania z Agą i Matim, po czym zawożę ich na jedną z plaż, gdzie będą na mnie czekali. Zostawiam ich w Tamarin i jadę w miejsce, gdzie zwykle rozpoczyna się trekking na Piton de la Petite Rivière Noire. Jestem chwilę przed 10.00. Sprzedawcy pamiątek dopiero rozkładają swoje kramy. Nie ma tłumów. W spokoju podziwiam powalający widok na jedną z dolin Parku Narodowego Black River Gorges. Potężna dolina otoczona wzgórzami kryje się w cieniu drzew. Słońce, błękitne niebo, białe obłoki, morze – widok marzenie. Z daleka można dostrzec niemal całe zachodnie wybrzeże Mauritiusu. Pogoda sprzyja wędrówkom. To dobry dzień na trekking. Trzeba go wykorzystać.

Park Narodowy Black River Gorges
Park Narodowy Black River Gorges

Po kilkunastu minutach pojawia się córka Gertrudy, jej znajomi i turyści z Polski. Od razu ruszamy na szlak. Podejście ma nam zająć maksymalnie 90 minut. Po przejściu kilkuset metrów asfaltową drogą przy kamieniu wskazującym na szlak wchodzimy  do lasu. Wyraźna i szeroka leśna ścieżka wije się pośród drzew i krzaków. Jest sporo błota. Ciężko się zgubić. Szlak jest dobrze przygotowany. Oznaczeń wprawdzie nie ma, ale szeroka na dwa metry ścieżka nie pozwala się zgubić.

Niestety wędrując szlakiem nic nie widać poza krzakami i drzewami rosnącymi po obu jego stronach. Słońce czasem przebija się przez gęstwinę. Górka, dołek. Podejścia i zejścia. Po 40 minutach dochodzimy do pierwszego punktu widokowego. Mija nas chłopak wbiegający na górę. Wprawdzie to nie taki dystans i wyzwanie jak na Kilimandżaro czy Górę Kamerun, ale i tak frajda z wbiegnięcia na szczyt musi być ogromna. Pokonujemy kolejne podejścia i zejścia ślizgając się nieco po błocie. W pewnym momencie dostrzegamy szczyt.

Przed nami najtrudniejszy odcinek. Brzmi dziwnie? Może nie jest to ekstremalne podejście, ale naprawdę jest stromo. Do tego sypki żwirek. Dla ułatwienie do grubych korzeni i gałęzi wzdłuż podejścia przymocowano liny. Warto z nich korzystać. Dziesięć minut ostrego podejścia i wchodzę na szczyt. Gdyby nie ten ostatni fragment bez problemu mógłbym iść z Mateuszem.

Podejście zajęło dokładnie 90 minut. Zejście prawdopodobnie będzie krótsze. Czekam jednak cierpliwie aż mało przyjemni Maurytyjczycy zejdą z kolorowej ławki, przy której chcę zrobić zdjęcie. Jeden z nich z wielką niechęcią na moją prośbę zdejmuje z niej na chwilę plecak. Widząc jego reakcję na zwykłą prośbę więcej nie chce mi się prosić. Poczekam aż po prostu zejdzie. Niech się chłopak niepotrzebnie nie denerwuje.

Na szczycie Piton de la Petite Rivière Noire
Na szczycie Piton de la Petite Rivière Noire

Po kilkunastu minutach mam górę tylko dla siebie. Jestem na najwyższym punkcie Mauritiusu. Dookoła góry i ocean. Wspaniała panorama na całą wyspę. Szkoda jedynie, że pogoda się zepsuła i wszystko znów przykrywa szczelna warstwa chmur.

Zejście zajmuje niecałą godzinę. Piton de la Petite Rivière Noire to taki maurytyjski Giewont. Wchodzą na nią wszyscy. W klapkach, czy trampkach ledwo wdrapują się na górę. Ostatnie metry pokonują resztkami sił. Na górze padają ze zmęczenia. Aż ciężko wyobrazić sobie, jak będą pokonywać trasę w dół.

Pogoda zepsuła się na dobre. Po zejściu cieszę się, że przyjechałem tu nieco przed umówioną godziną i wykorzystałem fantastyczne warunki na zdjęcia przed trekkingiem. Teraz widok na dolinę nie jest tak spektakularny. Za to handel kwitnie. Kilkudziesięciu turystów kręci się w pobliżu. Sprzedawcy zachwalają drewniane figurki dodo (endemicznych ptaków, które wymarły na Mauritiusie w XVII wieku i pozostały symbolem tego kraju). Oprócz tego torby, rzeźby i masa zwykłej tandety.

Obok parkingu pojawiły się małpy. Przyciągają mnie od razu. To makaki krabożerne, jeden z zaledwie kilku gatunków ssaków występujących na wyspie. Oprócz nich można tu zobaczyć dzikie świnie, jelenie, trochę gryzoni, no i latające lisy.

Makak krabożerny
Makak krabożerny

Wracam po Agnieszkę i Matiego. Mam nadzieję, że się nie nudzili za bardzo. Czekają w umówionym miejscu. Mateusz podobno jęczy od dłuższego czasu. Ewidentnie ma dość plażowania. Nie dziwne. Ma coś po mnie. Ja tez miałbym dość. Ładujemy wózek do samochodu i już razem jedziemy odwiedzić nowe miejsca na Mauritiusie.

Jednym z przysmaków, który można kupić na ulicach wyspy są różne owoce pływające w occie z przyprawami. Szczerze mówiąc nie jestem do końca pewny, czy rzeczywiście jest to ocet. Smakuje podobnie. Dziś próbujemy mango. Ciekawy smak. Słony i ostry, a jednocześnie słodki. W przenośnych punktach można też kupić świeże owoce, w tym obrane i pokrojone ananasy. To nieco ułatwia ich jedzenie. Zgodnie z planem odżywiamy się owocami, których rzeczywiście na Mauritiusie jest sporo.

Nabrawszy niezbędnej energii ruszamy dalej. Jest dość późno, więc koncentrujemy się na miejscach niezbyt oddalonych od Tamarine. Spróbujemy przede wszystkim odwiedzić Grand Bassin (Ganga Talao), duże kraterowe jezioro, nad którego brzegiem znajduje się hinduistyczna świątynia oraz kapliczki poświęcone Śiwie oraz innym bóstwom. To popularne miejsce corocznych pielgrzymek gromadzących dziesiątki tysięcy wiernych podczas festiwalu Maha Shivaratri poświęconego Śiwie.

Ale nie tylko jezioro i świątynia zwraca wszystkich uwagę. Przy wejściu znajdują się również dwa gigantyczne pomniki. Jeden z nich Mangal Mahadev, wybudowany w 2007 roku to piąty najwyższy pomnik na świecie przedstawiający Śiwę. Drugi to ukończony w 2017 roku największy na świecie pomnik bogini Durga Maa.

Ganga Talao
Ganga Talao

Słońce wspaniale oświetla ponad stumetrowe kolosy. My jednak siedzimy w samochodzie na gigantycznym parkingu. Karmimy Mateusza. Dopiero po paru minutach udajemy się na spacer wokół monumentów i nad jezioro.

W drodze powrotnej do Flic en Flac raz jeszcze postanawiamy odwiedzić punkt widokowy, gdzie dziś rano tak zachwyciłem się panoramą Parku Narodowego Black River Gorges. Niestety słońce chowa się wśród chmur i widok nie robi takiego wrażenia jak rano. Turystów i sprzedawców już nie ma. Małpy też się przeniosły do lasu. To najwyższy czas aby wrócić do hotelu.

Zachód słońca na Mauritiusie
Zachód słońca na Mauritiusie

Gdy docieramy na miejsce jest już ciemno. Postanawiamy, że pójdziemy dziś na kolację do restauracji. Pakujemy Matiego do wózka i szukamy knajpy. Źle się chodzi. Jest ciemno. Nie ma chodników. Nic nie widać. Kierowcy nie zwracają uwagi na pieszych. Dlatego znów na głowach mamy czołówki, a na wózku jest odblaskowa kamizelka. Może i dziwnie to wygląda, ale przynajmniej czujemy się bezpieczniej.

Godzina 21.30 na Mauritiusie to 18.30 w Polsce. A ja jestem śpiący jak niemowlak. Wcale się nie dziwię, gdy Mati pada ze zmęczenia po całym dniu przemieszczania się. My też nie mamy na nic siły. Sączymy piwo, a może słodki kokosowy likier. Sam już nie wiem, bo nagle po prostu odpływam.

Zdjęcia i relacja z podróży na Mauritius

Zdjęcia z Mauritiusa

Dalsze odcinki relacji z podróży na Mauritius znajdziecie na blogu z podróży na Mauritius

Całość relacji z podróży na Mauritius do pobrania stąd: Relacja z podróży na Mauritius w pdf

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.