Na targu w Port Louis

Port Louis

Port Louis

Kolejny dzień na północy. Pobudka była wczesna. Trzeba to wykorzystać. Ze śniadania nie korzystamy. Na kąpiel w basenie zbyt wcześnie i zbyt chłodno. Do ostatniej chwili zastanawiamy się, czy jedziemy do Port Louis, czy do ogrodu botanicznego. W drodze decydujemy, że jedziemy do stolicy. Pogoda piękna nie jest, więc to chyba dobra decyzja. Nawet nie ma dużego korka przy wjeździe do miasta. Na rondach jednak nie mogę się odnaleźć. Nerwowo rozglądam się dookoła. Chyba nie rozumiem tutejszych przepisów.

Parkujemy w pobliżu bazaru Central Market, który chcemy odwiedzić. Parkowanie jest płatne. Jedyny problem to sklep, w którym kupuje się bilety parkingowe. Jest zamknięty. Znajdujemy inny. Prowadzący go Chińczyk sprzedaje mi aż 6 wielkich papierowych kartoników, które muszę umieścić za szybą. Każdy kartonik pozwala na pół godziny postoju.

Na targu w Port Louis
Na targu w Port Louis

Odwiedzamy kolejno targ warzywami i owocami, z drobiem i wołowiną. Mati wszędzie wzbudza zainteresowanie. Korzystając z uwagi skupionej na nim fotografuję fantazyjnie ułożone w kopczyki warzywa. Targ dopiero się rozkręca. Jest kilka minut po 9. W części z wołowiną upodobałem sobie oskórowaną krowią głowę. Strasznie wygląda. Dobrze, że Mati został z Agnieszką na zewnątrz.

Gdy fotografuję sprzedawcę losów on pyta skąd jestem. Odpowiadam, że z Polski. Chwali się, że w latach siedemdziesiątych, gdy był marynarzem kilkukrotnie odwiedził Polskę. Wymienia kilka nazw polskich miast. Chwali się znajomością faktów z historii naszego kraju. Imponujące. Podkreśla, że to bardzo ważne, aby widzieć choć kilka faktów na temat każdego kraju. Trudno się z tym nie zgodzić. Jednocześnie myślę sobie w duchu, że o większości państw na świecie poza tym jak nazywa się stolica i jak wygląda flaga wiem niewiele. Intrygujący pan od losów ostrzega przed złodziejami i koniecznością targowania się, bo każdy sprzedawca widząc turystów będzie chciał nam sprzedać wszystko za zbyt wysoką cenę. Wiemy to doskonale.

Targ mięsny w Port Louis
Targ mięsny w Port Louis

Przenosimy się na nadbrzeże. Naszym celem jest Muzeum Błękitnego Znaczka (Blue Penny Museum). W dwukondygnacyjnym budynku można zwiedzić bardzo ciekawą wystawę poświęconą historii Mauritiusa, czasom kolonialnym i znaczkom pocztowym. Można zobaczyć kolekcję znaczków pocztowych z 1847 roku wartych 2 miliony dolarów. Mauritius był pierwszym państwem na świecie i pierwszą kolonią poza Wielką Brytanią, gdzie zaczęły funkcjonować znaczki pocztowe. Te pierwsze znaczki były błękitne. Stąd właśnie nazwa otwartego w 2001 roku muzeum.

Znaczki znaczkami, ale tuż obok muzeum znajduje się chyba jedyne miejsce na Mauritiusie gdzie mogę napić się soku z trzciny cukrowej. Sok jest pyszny. Pani wkłada trzcinę do specjalnej wyciskarki i po kilku chwilach miażdżenia trzciny pojawia się sok. Kosztuje sporo, bo aż 10 zł za szklankę. Warto wydać te pieniądze na ulubiony napój, szczególnie, że nie spodziewam się, aby była jeszcze jedna szansa na napicie się soku na wyspie.

Sok z trzciny cukrowej
Sok z trzciny cukrowej

Stoisko z sokiem znajduje się tuż przy wejściu do luksusowego centrum handlowego Le Caudan Waterfront. Wygląda zupełnie jak centra handlowe w Polsce. Sklepy, butiki, knajpy, pamiątki. Mam okazję kupić płyty z muzyką z Mauritiusa. W ciemno biorę dwie. Nie kosztują 0,5 USD, jak w Zimbabwe. Kupuję je po 25 zł. Kupuję też drugi t-shirt. Bardzo lubię przywozić z podróży koszulki. Trzeba jednak przyznać, że nie wszędzie je znajduję. Gdyby ktoś chciał drewniane figurki, wisiorki, chusty i tym podobne wyroby są one dostępne właśnie tu. Wędrujemy jeszcze chwilę pomiędzy straganami i rozwieszonymi nad głowami odwiedzających centrum kolorowymi parasolami i niestety zwracamy uwagę na padający deszcz. Niby nie przeszkadza. Jest ciepło. Ale denerwuje.

Plan na dziś mamy teoretycznie wykonany. Wracamy do hotelu dość sprawnie pokonując wciąż niezakorkowane ulice Port Louis. Chcielibyśmy żeby Mateusz raz jeszcze poszalał w basenie. Podoba mu się nie mniej niż ostatnio. Dajemy mu chwilę na rozprostowanie gnatków po kilku godzinach w wózku, nosidełku i foteliku. Dobrze mu to zrobi.

Mati na plaży
Mati na plaży

Ponieważ jest wciąż dość wcześnie, pogoda nie jest rewelacyjna (ciągle pada) i szkoda nam czasu na zbyt długie siedzenie w hotelu ruszamy na krótką przejażdżkę na przylądek Malheureux. Wiemy, że praktycznie przy każdej plaży są jakieś stragany z jedzeniem, wiec zamierzamy też coś przekąsić. Odwiedzamy jeden z nich. Zamawiamy po rybie z frytkami i maślano – czosnkowym sosem. Znośne. Do najedzenia wystarczy.

Do La Margarity wracamy już po ciemku. Scenariusz powtarza się. Kąpiel, usypianie i relaks nad basenem. Sączymy rum z coca colą. Notuję w pamiętniku. Cieszę się przedostatnim wieczorem na Mauritiusie. Przed północą przenosimy się do pokoju. Aga zasypia, a ja próbuję jeszcze coś napisać. Zasypiam nagle i budzę się nad zeszytem, gdy Mati jęczy o jedzenie. Dziś nieco wcześniej. Jest kilka minut po pierwszej. Rozbudzam się i postanawiam dokończyć pisanie niedokończonych opowieści. Nagle na ścianie pojawia się ogromny karaluch. Ma ze cztery centymetry długości. Nie ucieka. Sprawnie go zabijam. Pojawia się kolejny. Też go zabijam. Oby to były wszystkie. Nie chciałbym żeby jeden z nich spadł mi w nocy na głowę albo niepostrzeżenie wszedł do ust podczas snu.

Zdjęcia i relacja z podróży na Mauritius

Zdjęcia z Mauritiusa

Dalsze odcinki relacji z podróży na Mauritius znajdziecie na blogu z podróży na Mauritius

Całość relacji z podróży na Mauritius do pobrania stąd: Relacja z podróży na Mauritius w pdf

One comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *