Wiktoria królewska w Sir Seewoosagur Ramgoolam Botanic Garden

Ogród botaniczny i muzeum trzciny cukrowej na Mauritiusie

Ogród botaniczny i muzeum trzciny cukrowej na Mauritiusie

Nie mogę napisać, że się wyspałem. Zachciało mi się nocnych polowań na karaluchy i pisania wspomnień. Trzy czy cztery godziny snu to zbyt mało, aby wypocząć. Za oknem słońce. Uff! Jedziemy do Sir Seewoosagur Ramgoolam Botanic Garden, czyli najstarszego ogrodu botanicznego (z 1736 roku) na półkuli południowej utworzonego w Pamplemousses przez Seewoosagura Ramgoolama. Ogród nosi jego imię.

Wiktoria królewska w Sir Seewoosagur Ramgoolam Botanic Garden
Wiktoria królewska w Sir Seewoosagur Ramgoolam Botanic Garden

Jest niedzielny przyjemny poranek. Mauritius jeszcze śpi. Na parkingu przez ogrodem jesteśmy jako pierwsi. Maurytyjczycy w niedziele wchodzą za darmo. My płacimy po 200 rupii za bilety. Piękne stare drzewa, kwiaty, palmy. Kilka oczek wodnych pełnych ryb i wielu gatunków lilii wodnych. Jeden z gatunków – Wiktoria królewska (amazońska) ma liście o średnicy przekraczającej 100, a nawet 400 centymetrów. Wyglądają jak gigantyczne zielone tace ułożone obok siebie na wodzie. Są ptaki, a na ogrodzonym terenie obserwujemy pasące się wielkie żółwie. Gdzieś w koronach wysokich palm wiszą do góry nogami wielkie nietoperze, jedyne endemiczne ssaki Mauritiusa.

Spacerujemy. Ogród powoli zapełnia się mieszkańcami Mauritiusa i turystami. Gdy wychodzimy nie ma wolnego miejsca na parkingu. To była dobra decyzja, aby do ogrody przyjechać tak wcześnie.

Mati w Sir Seewoosagur Ramgoolam Botanic Garden
Mati w Sir Seewoosagur Ramgoolam Botanic Garden

Kilkaset metrów od ogrodu znajduje się L’adventure du sucre, czyli muzeum trzciny cukrowej. Za 400 rupii od osoby fundujemy sobie niezwykle ciekawą wycieczkę. To kolejne miejsce, gdzie można się dowiedzieć wielu ciekawych informacji na temat historii tego kraju. I to przedstawionych w pasjonujący i nowoczesny sposób. Przede wszystkim jednak ciekawa jest historia uprawy trzciny cukrowej na Mauritiusie. Dla mnie jest to bardzo interesujące. Jak przetwarzana jest trzcina, jakie są rodzaje cukru (kilkanaście rodzajów), jak powstają, jaka jest technologia wykorzystywana podczas procesu wytwarzania cukru. Wszystko dokładnie zademonstrowane na zdjęciach, w opisach i w filmach. Jest kilka oryginalnych przedmiotów z dawnej fabryki, w tym między innymi stare kotły czy lokomotywa. To miejsce z pewnością warte jest poświecenia kilku godzin. Podobnie jak Muzeum Znaczka jest bardzo nowoczesną placówką. Na koniec zwiedzania jest degustacja dwunastu rodzajów cukru trzcinowego, rumu, dżemu i miodu. Można w końcu też possać pocięte kawałki trzciny cukrowej. A ja wciąż nie mogę uwierzyć, że nawet tu nie ma możliwości wypicia soku z trzciny cukrowej. Jestem przecież w kraju, którego głównym towarem eksportowym jest cukier trzcinowy. Najważniejszą uprawą jest trzcina. Pola uprawne ciągną się kilometrami. Są wszędzie. I nie można się napić soku? Nawet w muzeum? To przedziwne. Coś musi być nie tak. Może jest zakaz? Nieprawdopodobne. To chyba największy zawód wyjazdu oprócz zadziwiająco deszczowej pogody.

Trzcina cukrowa
Trzcina cukrowa

A tymczasem pogoda znów płata nam figla i gdy po skończonej degustacji siadamy w kawiarni na kawę i karmienie Mateusza, zaczyna padać deszcz. Obsługa w restauracji przy muzeum zupełnie nie zwraca na nas uwagi. Z jednej strony to dobrze. A z drugiej strony chcielibyśmy się jednak napić kawy. Upominamy się po kolei o menu, zamówienie, rachunek, a na koniec otrzymujemy zawyżony rachunek. Nie polecam tej restauracji.

Rozpadało się na dobre. Obserwując niebo można zauważyć, że im dalej na północ tym mniej chmur. Nad malutkimi wysepkami Gunner’s Quoin, Flat oraz Round świeci nawet słońce. Jedziemy więc w kierunku Grand Gaube. To niewielkie spokojne miasteczko. Nie ma tu tłumów. Większość sklepów jest zamknięta. Cisza i spokój. Bezdomne, znudzone psy wylegują się całymi stadami na ulicach.

Gdzieś za rogiem młody chłopak postawił grilla i piecze kawałki kurczaka. To będzie nasz obiad. Czekamy cierpliwie, a apetyt rośnie. W pobliskim sklepie kupujemy coca colę i z gotowymi kurczakami idziemy nad ocean. Siadamy na ławeczce z widokiem na kołyszące się na wodzie łódki. Towarzyszą nam przyglądające się łakomo psy. Nie są agresywne.

Spokojne Grand Gaube
Spokojne Grand Gaube

Niestety słońca już dziś nie zobaczymy. Jest trochę smętnie. To miejsce jest inne niż pozostałe miasteczka na północy wyspy.

Gdy wracamy do hotelu tradycyjnie już jest ciemno. Gdzieś w przydrożnym barze Agnieszka kupuje dziwne glutowate mięsne kulki. Okazują się świetne, ale do końca nie wiemy co to jest. Dalsza część wieczoru przebiega nieco inaczej niż wcześniejsze. Nie idziemy nad basen, bo wciąż pada deszcz. Siadamy przed pokojem na świeżym powietrzu blisko wejścia aby w razie czego słyszeć płaczącego Mateusza. Sączymy pożegnalną butelkę rumu z domieszką coca coli. Wieczór mija bardzo przyjemnie. Szkoda, że to ostatni wieczór na Mauritiusie.

Zdjęcia i relacja z podróży na Mauritius

Zdjęcia z Mauritiusa

Dalsze odcinki relacji z podróży na Mauritius znajdziecie na blogu z podróży na Mauritius

Całość relacji z podróży na Mauritius do pobrania stąd: Relacja z podróży na Mauritius w pdf

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.