Wodospad Chutes de la Lobe

Wodospad prosto do oceanu

Wodospad prosto do oceanu – odcinek 18

Przedostatni dzień w Kamerunie. Spędzimy go leniwie. Odpoczynek. Plaża. Cola. Piwko. Rybka i lenistwo. Taki jest plan na dziś.

Wstaję sprawdzić, czy to dobra miejscówka na fotografowanie ptaków. Wychodzę z pokoju spocony. Tak to jest, gdy wyłączy się klimatyzację. Tuż obok jest rzeka. A może to staw? Woda raczej stoi. Wskakują do niej poskoczki mułowe – taka mieszanka ryb i żab. Nad wodą przelatuje zimorodek. Jeden. Drugi. Kolejny ląduje na gałęzi naprzeciwko mnie. A ja nie mam aparatu. Wracam szybko po sprzęt. Czeka na mnie. No i mam zdjęcie zimorodka z Kamerunu. Żaden inny ptak nie chce się pojawić w zasięgu wzroku.

Przejazd do wodospadu Chutes de la Lobe
Przejazd do wodospadu Chutes de la Lobe

Wybieram się na drogę prowadzącą do Gwinei Równikowej. Trzy kilometry dalej jest wioska Lobe i prawdopodobnie największa atrakcja okolicy – wodospad Chutes de la Lobe na rzece Lobe wpadający prosto do Oceanu Atlantyckiego. Rzeka kończy się dość szerokim wodospadem o wysokości kilkudziesięciu metrów. Wpada wprost do słonych wód oceanicznych. Drugą atrakcją tego miejsca jest hotel Ilomba – podobno najbardziej luksusowy hotel na wybrzeżu w okolicy Kribi. Zobaczymy. Zatrzymujemy mototaksówkę i wsiadamy we dwóch na jeden motocykl. Trzy osoby. Dwa plecaki. Jedyną dziwną rzeczą w takim widoku jest to, że motocyklem jedzie dwóch białych. Pamiętając reakcję Kameruńczyków na naszą pomoc w wypychaniu minibusa myślę, że tu też zdziwienie budzi podróżowanie motocyklem, a nie wynajętym samochodem.

Przy plaży czekają już na nas naciągacze. Gdy tylko schodzimy z motocykla proponują rejs łódką pod wodospadem, rejs rzeką i wizytę u Pigmejów. To dopiero musi być turystyczna masakra. Na razie dziękujemy za wszystko. Pochodzimy sami.

Na skale przysiadł zimorodek. W powietrzu unoszą się jakieś drapieżniki. W pobliżu wodospadu znajdujemy stragany z pamiątkami. A naciągacze wciąż krążą w pobliżu licząc na zmianę decyzji.

Zimorodek w locie w okolicy Lobe
Zimorodek w locie w okolicy Lobe

Wodospad pierwsza klasa. Duży. Woda spada z hukiem. Na skale przysiadła czapla. Łukasz boi się o aparat. Na Zanzibarze jakiś czas temu ktoś zerwał Łukaszowi aparat z szyi maczetą.

Nasz plan na dzisiejszy dzień jest prosty. Spędzimy go właśnie tu. Jest coraz cieplej. Szukamy baru żeby napić się coca coli i piwa. Tradycyjnie, jak w większości miejsc nie mają wydać reszty. To chyba taka tradycja narodowa. Jakikolwiek banknot nie pojawi się w naszych rękach podczas płacenia problem z wydaniem reszty jest zawsze. W barze kończy się to prośbą o duży napiwek albo zamówienie dodatkowego piwa. W taksówkach chodzi o napiwek. W sklepach z pamiątkami zawsze oferują dodatkową pamiątkę zamiast reszty. Nawet w hotelu dłuższy czas nie było dla nas reszty, a w knajpce hotelowej mamy już 4000 CFA u kelnera. Wystarczy jednak poczekać i okazuje się, że możliwe jest zorganizowanie reszty.

Piwo i telewizor w knajpce w Lobe
Piwo i telewizor w knajpce w Lobe

Ładnie tu. Idziemy szeroką piaszczystą plażą do hotelu Ilomba. Tym razem będzie na bogato. Rozsiadamy się w cieniu na werandzie barowej i po raz pierwszy od dwóch tygodni mamy w miarę nieprzerywany zasięg WIFI. Kamerun jest tragiczny pod względem dostępności WIFI, a czasem nawet zasięgu telefonii komórkowej. Gdy zasięg jest często sieć jest przeciążona. Niektóre rejony są zmonopolizowane przez Orange albo MTN. Najlepiej mieć ze sobą kilka kart albo telefonów. To zresztą jest bardzo popularne rozwiązanie. W Somalomo nasz telefon nie działał, bo to MTN, a jedyną słuszną siecią w okolicy był Orange.

Siedzimy już dwie godziny. Sączymy kolejne piwo. Błękitne niebo. Tropikalny upał. Tak powoli żegnamy się z Afryką. Kilka białych obłoków, palmy, kraby i jaszczurki. Słońce jest już nieco niżej, co pozwala zrobić lepsze zdjęcia. Powoli wracamy w kierunku wodospadu, ale to jeszcze nie jest idealny czas na zdjęcia. Poczekamy. Najpierw zjemy rybę w jednym z barów przy plaży. Wybieramy knajpę z największą liczbą klientów. To dobrze wróży. Czekamy na pyszną i świeżą rybę. Najczęściej grillowana i fantastycznie przyprawiona. Zauważyliście jak często w Kamerunie jemy ryby? Sam się dziwię.

Wybrzeże kameruńskie w Lobe
Wybrzeże kameruńskie w Lobe

Dziś dostaniemy aż trzy duże ryby Carpe (być może są to karpie, ale pewny nie jestem) z frytkami z ziemniaków i z bananów. Przed zamówieniem musimy się potargować. Ostateczna cena wynosi 13000 CFA razem z napojami. To prawie dwa razy taniej niż w restauracji w naszym hotelu.

Ktoś przy plaży patroszy ryby. Podchodzę i pytam, czy mogę zrobić zdjęcie. Nie ma problemu. Po półgodzinie pan podchodzi do mnie, gdy siedzę w barze i prosi o pieniądze. Pewnie ktoś go spytał, czy zapłaciliśmy mu za zdjęcie. Pewnie nawet o tym nie pomyślał i za namową liczy na to, że zapłacimy mu teraz. Przykre.

Wszystko kręci się wokół pieniędzy. Pod tym względem Kamerun nie przypadł mi do gustu. Tak jest w każdym kraju w Afryce. Ale w Kamerunie na dużo większą skalę. Do tego ludzie, którzy wyglądają na mało przyjaznych na pierwszy rzut oka. Zero uśmiechu. Tylko obserwują kątem oka. Wciąż czuję na sobie wrogie spojrzenia. Ciągle czuję jakieś napięcie. Mało przyjaznych spojrzeń, odwzajemnionego uśmiechu. Nigdzie. Żadnego kontaktu. Żadnej interakcji. No chyba, że chodzi o pieniądze.

Wodospad Chutes de la Lobe
Wodospad Chutes de la Lobe

Wracamy do wodospadu. Pojawił się przypływ. Droga, którą szliśmy rano zalana jest wodą. Ocean wlewa się do butów. Łukasz kupuje kolejne malunki. Mi pamiątek na razie wystarczy. Zatrzymujemy mototaksówkę i wracamy na Tara Plage.

Kąpiel w pobliżu Tara Plage
Kąpiel w pobliżu Tara Plage

To ostatnia szansa na kąpiel w oceanie. Znów będzie romantycznie. Zachód słońca. Palmy. Pływamy w tym zbiorniku, o którym nie wiemy, czy jest rzeką, czy stawem. Widać, że woda ze zbiornika co jakiś czas przebija się do oceanu. Więc może to jednak rzeka?

Razem z nami kąpie się około dziesięciorga dzieci. Chlapiemy się w wodzie. Zabawa na całego. Dwoje turystów przysiadło na ławeczce i robią nam zdjęcia. Czyżbyśmy byli aż taką atrakcją? Zastanawiam się, czy kąpiel to była dobra decyzja. Bilharzjoza lubi stojącą wodę. Oby nie tą. Wchodzę na chwilę do oceanu. To druga i ostatnia kąpiel w Oceanie Atlantyckim w Afryce w tym roku. Czemu nigdy wcześniej nie kąpałem się w oceanie? Chyba dlatego, że w Namibii była lodowata woda. A w Gabonie? Nie wiem.

Siadamy znów w barze. Zostało nam trochę alkoholu do wypicia. Ciekawostka. Zabrakło coca coli. To szansa na spróbowanie innych gazowanych napojów. To też dobra okazja do świętowania końca podróży po Kamerunie. Przynoszę dwie buteleczki z wiśniówką i ptasie mleczko, którego połowa jeszcze nam została.

Hotel Tara Plage wieczorem
Hotel Tara Plage wieczorem

Komary tną po kostkach. Oby to nie były te, które już kogoś zarażonego malarią ukąsiły. Jest pełnia księżyca. Ładne wieczorne niebo. To oczywisty pretekst do nocnych zdjęć.

Mija 20.00. Kładę się pod moskitierą. Włączam telewizor. Przyjemny kawałek w stylu reggae zespołu Les Freres De La Rue pt.: „Allahdji” sączy się z głośnika i uprzyjemnia kolejny wieczór pisania wspomnień w zeszycie z kotkiem i pieskiem.

Kolejne odcinki relacji z Kamerunu znajdziecie tu: Relacja z Kamerunu na blogu

Całość relacji z Kamerunu do pobrania stąd: Relacja z Kamerunu w pdf

Galeria zdjęć z Kamerunu do obejrzenia tu: Zdjęcia z Kamerunu

Print Friendly, PDF & Email

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.