Góry Smocze Lesotho

Lesotho – powrót do RPA

Lesotho – powrót do RPA (Rok 2001 – odcinek 11)

Rano, zaraz po śniadaniu nasz gospodarz organizuje nam przewodnika, który z chęcią oprowadza nas po najbliższej okolicy. Wycieczka jest ciekawa. Mamy okazję poznać życie ludzi na lesothańskiej górskiej wsi. Odwiedzamy kilka domostw, zaglądamy do środka, do kuchni, do mieszkań, do chatek pasterzy. Patrzyliśmy jak orają, jak żyją. Zdajemy sobie sprawę, jak ciężkie jest życie w tym miejscu.

Ludzie chodzą przez góry, czasem kilka dni, przepędzając kozy, czy owce z jednego pastwiska na inne. Wszystko na wysokości około dwóch kilometrów. Wędrują na zakupy do jedynego sklepu oddalonego o kilka dni marszu. Przynoszą na głowach chrust, aby chłodnymi nocami było nieco cieplej. W Lesotho, a w zasadzie i w innych miejscach płynie wolno. Na pierwszy rzut oka nikt nigdzie nie goni, nie śpieszy, nie patrzy na zegarek.

Góry Smocze Lesotho
Góry Smocze Lesotho

Spędzamy u miłych gospodarzy popołudniowe chwile próbując kolejnych specjałów przygotowanych specjalnie dla nas. Niestety nieco nam się śpieszy i musimy ich pożegnać tego samego dnia. Było ich w sumie dziewięcioro: mąż, żona, trójka dzieciaków i czwórka psów. Bardzo żałuję, że nie mogliśmy z nimi zostać dłużej. Na pewno długo będę wspominał to spotkanie. Odwożą nas nad Pomarańczową Rzekę i po przeprawie na drugi brzeg ruszamy w dalszą podróż. Jedziemy w kierunku granicy.

Nieco martwi nas gwałtownie zmieniająca się pogoda. Nad naszymi głowami przetaczają się kolejne burze i ulewy. Mijany rzeki niosą coraz więcej wód ze świeżych opadów. W pewnym momencie stajemy przed wielkim rwącym potokiem. Musimy wysiąść, bo inaczej samochód nie przejedzie. Zaraz za nami nadjeżdża wielka ciężarówka. Kierowca zaprasza nas do środka, a Piotrek sam przejeżdża przez strumień. Przeszkoda pokonana, więc wracamy do Toyoty.

To nie koniec przygód i przepraw. Podobnie jak dzień wcześniej co kilkaset metrów wysiadam z samochodu żeby przenosić świeżo naniesione na drogę kamienie. Nagle na naszej drodze pojawia się wielki strumień. To chyba będzie koniec dzisiejszej podróży. Przez drogę płynie rwąca rzeka wody i błota. To już nie żarty. Jest głęboka i rwąca. Wysiadam i sprawdzam dno. Wchodzę tylko kilka metrów, a woda sięga powyżej kolan. Mam wrażenie, że zaraz się przewrócę. Jakby rzeki było mało, tuż obok jest kilkunastometrowy wodospad. Rzeka, która płynie przez drogę spada z urwiska tym właśnie wodospadem. Nie wiem, czy nasz samochód poradzi sobie w tym miejscu. Sugeruję Piotrkowi żeby poczekać. Nie ma sensu ryzykować. Piotrek też się waha.

Gdy tak stoimy i zastanawiamy się nad planem nadjeżdża ciężarówka, którą przejeżdżaliśmy jeden ze strumieni. Przejeżdża bez problemu przez strumień, choć koła zanurzają się w całości. Na dnie z pewnością jest wiele nierówności i kamieni. Przed strumieniem zebrali się mieszkańcy sąsiedniej wioski. Zastanawiają się pewnie, jak poradzimy sobie w tym miejscu. Wpatrują się w nas i szepczą między sobą.

Kierowca ciężarówki pokazuje jasno żeby jechać. Pokazuje dokładnie którędy. Wciąż się wahamy. Jechać w sam środek głębokiej i rwącej rzeki błota i wody i ryzykować porwanie samochodu w kierunku wodospadu, czy przeczekać ulewę, aż poziom rzeki się obniży.

Wracać nie ma po co, bo do przejścia którym wjechaliśmy jest  60 km, a droga taka sama i równie pełna przygód i niespodzianek. A zatem do przodu! Piotrek rusza według wskazówek przewodnika. Woda sięga wysoko ponad progi samochodu. Widzę, jak powoli samochód przesuwa się w prawo, razem z wodą. Wszyscy wpatrują się z zapartym tchem. A jednak! Piotrek jest na drugim brzegu.

Jeszcze my! Idę pierwszy. Woda ponad kolana. Rwąca. Krok po kroku przemieszczam się do przodu aż staję na drugim brzegu. Dziewczyny postanawiają iść w górę rzeki. Być może tam będzie łatwiej. Nic bardziej mylnego. Pierwsza do wody wchodzi Karolina. Już po chwili nurt zaczyna ją przewracać. I gdy wszyscy mamy wrażenie, że zaraz się przewróci na pomoc Karolinie ruszają dzieci. Łapią ją i pomagają wydostać się ze strumienia. Na drugim brzegu została Olga. Wchodzę do rzeki i wciągam Olgę do wody. Stoimy w samym środku strumienia. Na drugim brzegu ręce w kierunku Olgi wyciągają dzieciaki. Łapią ją sprawnie i wyciągają na brzeg. A ja w tym czasie obserwuję jak porwany przez strumień klapek pędzi w kierunku wodospadu. Dzieci z piskiem wprawdzie próbują go wyłowić, ale na próżno. Zostaję w Lesotho w jednym klapku.

Robimy pamiątkowe zdjęcie dzieciakom, które nam pomogły i oddajemy im w podziękowaniu nieco roztopione Ptasie Mleczko. Dzieci przechwytują słodycze i uciekają. A my ruszamy dalej zmieniając na potrzeby dalszej podróży nazwę państwa na Lebłoto.

Deszcz przestaje padać, choć gdzieś po drodze dostrzegamy świeży śnieg, który musiał spaść podczas niedawnej burzy. A zatem i śniegu doświadczamy w Afryce. Dzięki przebłyskom błękitnego nieba mamy teraz parę chwil z pięknymi widokami. Zielone, wysokie i skaliste zbocza wspaniale odcinają się od fragmentów błękitnego nieba. Piękne, dzikie, niedostępne góry otaczają nas z każdej strony.

Wjeżdżając do Lesotho w Quacha’s Nek i wyjeżdżając kilkanaście kilometrów za Moyeni (Quithing) tylko raz mijamy coś, co w naszym odczuciu można uznać za miasto – jest to właśnie Moyeni. Jedziemy przez miasteczko wzdłuż (bo wszerz się nie da ze względu na góry) główną asfaltową ulicą w poszukiwaniu otwartego sklepu. Duża część mieszkańców zgromadziła się przy tej ulicy i gdy zatrzymujemy się chmara dzieciaków oblega samochód i prosi o słodycze i pieniążki. Tu wchodzimy do sklepu, gdzie oświetleni przez światło z lampki na butlę gazową robimy jedyne zakupy w Lesotho. Kupujemy sprite i piwo. Dzięki temu mamy okazję zobaczyć jak wyglądają pieniądze w Lesotho. Jesteśmy też chyba niezłą atrakcją turystyczną. Jesteśmy jedynymi białymi w zasięgu wzroku, więc z uczuciem bycia zielonym ufoludkiem dokonujemy zakupów. Być może dodatkowo zwracamy na siebie uwagę faktem, że do sklepu wchodzimy bez butów (zresztą nie odbiegamy tym od mieszkańców Lesotho).

Po zakupach jedziemy w kierunku granicy. Jest już ciemno. Zbliża się kolejna burza. Jest godzina 21. Droga znów staje się szutrowa z niespodziankami. Postanawiamy dziś nie przejeżdżać granicy, tylko zanocować pod namiotem w Lesotho gdzieś przy granicy. Nic nam raczej za to nie grozi. Natomiast w RPA chyba nie odważylibyśmy się tak zrobić.

Na przejściu granicy stoi niewielki budynek. W środku przy lampce na gaz i świecach siedzą dwaj strażnicy. Ogrzewają się piecykiem na gaz. Nie ma elektryczności., wody i telefonu. Dach przecieka, a poustawiane miski wyłapują skapujące z sufitu krople wody. Toaleta znajduje się na zewnątrz i wygląda tak, jak większość toalet przez nas spotykanych. Jest to po prostu zwykła dziura w ziemi, tyle, że obudowana drewnianym domkiem. Tak właśnie wygląda granica pomiędzy Lesotho i RPA.

Pytamy, czy możemy tuż przy budce strażników rozbić namiot, bo nadciąga burza, jest ciemno, droga jest dziurawa, jesteśmy zmęczeni, itd. Strażnicy nie pozwalają. Mówią, że nie bo są kałuże i jest mokro. Ale zapraszają do środka i proponują nocleg w budynku. Dodają, że o 22 idą do swoich domów, a my możemy zostać i rozłożyć karimaty w środku.

Tak robimy. Przejście graniczne pod naszą opieką. Możemy wpuszczać i wypuszczać kogo chcemy. Ale sami zostajemy w Lesotho do rana. I to dobra decyzja, bo nadchodzi kolejna burza i okolica znowu bardziej przypomina Lebłoto. Do kolacji wypijamy piwo, wino i lekko pijani zasypiamy.

Następnego dnia przekraczamy granicę. Znowu pada deszcz. W zasadzie to po prostu nie przestał.

Bardzo mi się podobało w Lesotho. Szkoda, że spędziliśmy tu tak mało czasu. Ale może jeszcze kiedyś wrócę.

Kolejne odcinki relacji z pierwszej podróży do Afryki znajdziecie tu: Relacja z pierwszej podróży do Afryki na blogu

Całość relacji z pierwszej podróży do Afryki do pobrania stąd: Relacja z pierwszej podróży do Afryki w pdf

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.