Mount Binga - na najwyższej górze Mozambiku

Mount Binga

Mount Binga – odcinek 5

Jesteśmy wyspani. Bez problemu wstajemy o 3. Ogień nas nie strawił. Przed chatą wręcz mokro. Zastanawiamy się, czy padało, czy to ta mgła. Niebo rozświetlają tysiące gwiazd. W oddali, w świetle latarki poruszają się oczy. To pewnie antylopy. Ale kto wie, czy nie lampart?

Nocą w Parku Narodowym Chimanimani
Nocą w Parku Narodowym Chimanimani

Zjadamy mielonkę z chlebem na śniadanie, po czym budzimy przewodnika. Ruszamy na górę o 3.40. Dzisiejszy cel: Mount Binga, najwyższa góra Mozambiku i druga najwyższa góra Zimbabwe. Zapowiada się przynajmniej trzygodzinne podejście. W świetle czołówek idziemy równym tempem blisko siebie.

Oczywiście przewodnik nie ma latarki. Wypatruje właściwej drogi w ciemnościach, pośród traw, kamieni i skał. Wypatruje z dobrym skutkiem. Gubimy się tylko kilka razy.

Lubię chodzić w górach po ciemku. Nie chodzi o to, że nie lubię pięknych widoków. To wędrówka inna. Inaczej się odczuwa marsz pod rozgwieżdżonym niebem. Czas płynie jakby inaczej. Żmudne podejścia nie przeszkadzają, a te bardziej strome są jakby łagodniejsze.

Oglądamy się za siebie przekraczając obserwowany wczoraj płynący w dolinie strumień. Ognia już prawie nie widać. Zniknął. Może mgła ugasiła pożar? Nabieramy wody do pustych już butelek i wrzucamy do nich tabletki odkażające. Powinno wystarczyć na trzygodzinny marsz. Krok po kroku kontynuujemy podejście na Mount Binga. Przewodnik idzie w swoim świecie. Bez słowa. Potyka się co kilka kroków o własne nogi. Trzymamy kciuki żeby nic mu się nie stało. Nie przejmujemy się tym, że co jakiś czas gubimy trasę w ciemnościach. Mimo wszystko doceniamy jego milczącą obecność, bo po chwili odnajdujemy się we właściwym miejscu. Ostre podejście pozwala się spocić. Jest zaskakująco ciepło. Nawet podczas dzisiejszego snu nie odczuwałem zimna. Niesiona na wszelki wypadek w plecaku puchówka jest jak na razie zupełnie zbędna.

Powoli wstaje dzień. Widać brzask poranka, gdy wdrapujemy się na jedną z przełęczy. Doskonale widzimy zarys góry Binga. Jeszcze około 500 metrów w górę. Z tego miejsca szczyt sprawia wrażenie nieosiągalnego. Same skały. Z każdym jednak krokiem i każdym zdobytym metrem góra wygląda przyjaźniej.

Słońce już wstało. Pierwsze promienie pojawiają się na górskich zboczach. Z Mozambiku nadciągają jednak chmury. Gęste bałwany obłoków pędzą jedną z dolin w kierunku dwutysięcznych szczytów. Jednocześnie słońce rozświetla góry coraz intensywniejszymi barwami. Piękny spektakl chmur, gór i słońca. Dzięki temu między innymi strome czterystumetrowe podejście nie jest aż tak trudne, jak początkowo mogło się wydawać. Wciąż mnie jednak zadziwia, że ta góra z daleka wyglądała, jakby nie dało się na nią wejść. Z każdym kolejnym krokiem okazuje się, że pośród tych groźnych skał są łąki, przełęcze i wędrówka wcale nie jest niemożliwa. Z drugiej jednak strony wciąż spotykają nas małe zawody. Gdy myślimy, że po podejściu na najbliższe skały zobaczymy szczyt, okazuje się, że przed nami jest jeszcze jedno podejście, jeszcze jedna łąka albo przełęcz do zdobycia. Tak jest dziś. Już nam się wydaje, że zza skał wyłoni się wierzchołek, a tu niespodzianka. Znów podejście.

W drodze na Mount Binga
W drodze na Mount Binga

Chmury pozwalają sobie na coraz więcej. Opanowały już okoliczne szczyty i nieśmiało zmierzają w kierunku Bingi. Ciekawe, czy zobaczymy cokolwiek ze szczytu. Póki co chłoniemy cudowne widoki. Tak wczesne wyjście było dobra decyzją. Do wierzchołka zostało już niewiele. Jeszcze 90 metrów. 70. 50. Widzimy już chyba skały na szczycie. A może nam się wydaje, bo nawet nie wiemy co można zobaczyć na szczycie. Nie wiemy jak on wygląda.

Nagle nadciągają chmury i nie widać nic dookoła. Gubimy trasę. Domyślamy się tylko, w którym kierunku iść. To bez wątpienia najtrudniejszy odcinek. Nie tylko przez mgłę. Przede wszystkim przez wielkie głazy. Tu już musimy pomagać sobie rękoma i jak pokonać kolejne podejście. Zrobiło się zimno. Nagle Łukasz staje na szczycie! Odnalazł dobrą drogę we mgle. Ja się jeszcze męczę. Przewodnik zniknął. Tracę przekonanie, że to właściwe miejsce. Dostrzegamy fragment blachy, dziurę po istniejącym tu kiedyś znaku i betonowy pomnik nadgryziony mocno zębem czasu. To musi być to miejsce! Zdobyliśmy najwyższą górę Mozambiku!

Mount Binga - na najwyższej górze Mozambiku
Mount Binga – na najwyższej górze Mozambiku

Zrobiło się przenikliwie zimno. Jednak cieszę się, że w plecaku niosę puchówkę. Właśnie się przydaje.

Po kolei robimy to, co na każdej górze: zdjęcia aparatami, selfiki, zdjęcia telefonami, zdjęcie maskonura na szczycie, zaznaczanie lokalizacji w GPS, no i na koniec zjadamy wniesione na szczyt Ptasie Mleczko. Jest zbyt zimno i brzydko żeby delektować się krajobrazami. Po prostu nic nie widać. Szybciej niż zakładaliśmy zaczynamy szukać drogi w dół. Przewodnik w międzyczasie się odnalazł, ale zbytnio nam nie pomaga. Poszedł przodem i już go nie widzimy. Przeciskamy się pomiędzy głazami. Wcale nie jest tak łatwo. Po kilku minutach odnajdujemy drogę.

Ta końcówka podejścia na Mount Binga nie jest łatwa. A jeszcze trudniejsze jest zejście. Gdy pokonamy ten najtrudniejszy odcinek – reszta jest już spacerkiem. Nie spieszymy się. Schodzimy tą samą drogą. Najpierw ostro czterysta metrów w dół. Później łąki, skały, łąki, skały, kilka ostrzejszych zejść i przed naszymi oczami pojawia się chata. Jeszcze tylko ze 100 metrów w dół, aby przejść przez strumień i niestety 100 metrów w górę. Czujemy trudy wędrówki. Upał też daje się we znaki. Dobrze, że chociaż plecaki są w miarę lekkie. To się za chwilę zmieni, gdy dopakujemy do nich zostawione w chacie rzeczy.

Widoki z podejścia na Mount Binga
Widoki z podejścia na Mount Binga

Zatoczyliśmy właśnie kółko. Za nami 14,3 km wędrówki. Zasłużyliśmy na chwilę przerwy w cieniu schroniska. O cień zresztą nie jest trudno, bo chmury zasnuły już większość nieba. Nie jest już tak upalnie. Ze swojej wędrówki wróciła tez para Niemców i razem ruszamy w kierunku Base Campu i parkingu. W obawie przed skutkiem nocnych pożarów idziemy tą samą drogą. Jak się okazuje tu też był pożar. I wciąż się pali. Piękne, wysokie, falujące jeszcze wczoraj na wietrze trawy poszły z dymem. Pozostały po nich jedynie wypalone czarne kępki traw. Przygnębiający widok. A co z wężami, jaszczurkami, gryzoniami i antylopami? Gdzie one są? Poginęły? Uciekły? Spaliły się? Zadziwiające, że te pożary są celowe. Tłumaczy się je ochroną gór przed jeszcze większymi pożarami. Ale czy mogą być jeszcze większe pożary, gdy podczas jednej nocy z roślinności porastającej trzy, a może cztery góry nie zostaje nic?

Powrót z trekkingu
Powrót z trekkingu

Nogi już bolą. Szczególnie przy zejściu. Przed nami ostatni wymagający fragment po skałach. Może nawet najtrudniejszy z całej trasy. Tym razem w dół. Wolno. Ostrożnie. Podpieram się kijkami odciążając zmęczone nogi. Już widać drogę do Base Campu. Jeszcze chwila i siadamy z ulgą pod biurem w Base Campie. Góra zdobyta! Pomimo wątpliwości wręczamy przewodnikowi napiwek. Dostaje też na pamiątkę pocztówkę z widokami z Polski. Ale nie wiem, czy wie skąd są te zdjęcia. Nie umiem mu wytłumaczyć. Nie wiem, czy to ja jestem zmęczony, czy on nie rozumie. Pocztówkę zostawiam też w pamiątkowym zeszycie w biurze Parku Chimanimani.

Powiadomiony kierowca przyjeżdża po pół godzinie i tą samą rozpadającą się Toyotą wracamy do Chimanimani. Znów, aby zamknąć i otworzyć drzwi trzeba zrobić to z zewnątrz. Taki urok tego pojazdu.

Z daleka można zauważyć, że w Heaven Lodge jest wyjątkowy dzień. To dzień z pizzą. W każdą sobotę można tu zjeść pizzę. I tylko w sobotę. Idealnie się zgraliśmy. Nie musimy nic gotować. Dla przyzwoitości idziemy jednak do miasta żeby kupić wino Four Cousins na kolację. Tym winem i pizzą świętujemy zdobycie góry. Razem z nami pizzą zajada się wielu gości, białych mieszkańców z okolicy. To starsi ludzie mieszkający w Zimbabwe od lat, często od urodzenia. Z pewnością pamiętają Zimbabwe z dawnych czasów, gdy kraj się rozwijał. Pamiętają też na pewno tą historię najświeższą, czasy gdy władza postanowiła zmienić nastawienie do białych mieszkańców. Na pewno przeżyli wiele tragicznych chwil. Dziś przyjechali na pizzę.

Pojawił się również kierowca Toyoty. Przywiózł pijaną dziewczynę, która po kolei przystawia się do wszystkich białych. Okropność. Zjadamy, wypijamy, kąpiemy się i po bardzo udanym dniu udajemy się na zasłużony odpoczynek. Rozglądamy się po pokoju w poszukiwaniu pająków. Dziś ich nie widać. Można spokojnie spać.

Kolejne odcinki bloga z podróży do Zimbabwe znajdziecie tu: Blog z podróży do Zimbabwe

Całość relacji z podróży do Zimbabwe do pobrania stąd: Relacja z podróży do Zimbabwe w pdf

Galeria zdjęć z podróży do Zimbabwe i Botswany do obejrzenia tu:

Zdjęcia z podróży do Zimbabwe

Zdjęcia z Botswany

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.