Zachód słońca w Juliasdale

W drodze z Chimanimani do Juliasdale

W drodze z Chimanimani do Juliasdale – odcinek 6

Znowu trzeba było wcześnie wstać. Dziś o 4.00, bo o 5.00 odjeżdża duży autobus do Mutare. Koniecznie chcemy jechać właśnie tym autobusem, aby uniknąć podróży chicken – busem. W ciemnościach idziemy drogą do Chimanimani. Jest ciemno i ciepło. Koguty pieją dookoła. Ale ludzie jeszcze śpią. Nikt nie wędruje drogą oprócz nas. Rozglądam się z niepokojem dookoła. Nic złego się nie dzieje. Autobus stoi tu, gdzie wczoraj. Ciemno w środku. Nagle zapalają się światła. W autobusie ruch. Kilkanaście osób spędziło w nim noc. Zbierają się powoli. Kierowca autobusu przeraźliwie trąbi. Pojawia się kilka chętnych osób na przejazd do Mutare.

W środku jest całkiem wygodnie. Autobus jest prawie nowy. Jest telewizor ze zbyt głośną muzyką, klimatyzacja ze zbyt niską temperaturą i rzędy foteli ze zbyt dużą ich liczbą. To, że w minibusach, zwanych z Zimbabwe chicken – busami przewozi się zbyt dużo ludzi to wiemy. Ale wydawałoby się, że w takich autobusach jest inaczej. Niestety. W jednym rzędzie aż pięć foteli, dwa po prawej stronie i trzy po lewej stronie przejścia. Autobus nie zapełnia się w całości, a mimo to odjeżdża. To dziwne. Trąbienie na pasażerów nie pomogło. Zagadka wyjaśnia się szybko. Będziemy się ścigać z chicken – busami ciągnącymi przyczepki i po drodze zabierać ludzi. To wygląda jak prawdziwy wyścig. Kierowca trąbi niemal bez przerwy. Świeci długimi światłami. Na zakrętach wyprzedza chicken – busy. Wciąż jest ciemno. Jednym słowem nie jest bezpiecznie. Nie trzeba jednak długo czekać, aby w autobusie znalazł się komplet pasażerów. Od tego momentu jedziemy wolniej i spokojniej wpuszczając i wypuszczając kolejnych ludzi.

Zasypiam. A może odpływam w swojego rodzaju stan afrykańskiego letargu, podczas którego tępo patrzę się przed siebie, nie robiąc zupełnie nic. Czas nie ma znaczenia, a nicnierobienie nie męczy. Temperatura na zewnątrz podniosła się z 6 do 23 stopni. W tym momencie docieramy na dworzec w Mutare. Autobus jedzie dalej do Harare. My wysiadamy tu. Idziemy na śniadanie do Chicken’s Inn. Łukasz zamawia kurczaki. Ja decyduję się na pączki z piekarni obok. Wszystko z obowiązkową colą.

Zastanawiamy się, czy gość, który zaoferował nam spotkanie po powrocie z gór wciąż o tym pamięta. Niestety nie. Odpisuje smsem, że nie ma dla nas dziś czasu. To nic. Pojedziemy więc dziś prosto do Nyangi. Będziemy bliżej kolejnego celu, kolejnej góry. Wciąż jednak zastanawiamy się gdzie zanocujemy. Nie podejmujemy decyzji. Spróbujemy dojechać do Juliasdale i tam zadecydujemy co robić.

Na górską część podróży przez Zimbabwe pakowaliśmy się dość szybko. Paru rzeczy zapomnieliśmy albo celowo nie zabraliśmy. Pomimo butów na nogach czuję ich zapach. To już nie jest dobrze. Jestem szósty dzień w tych samych skarpetach. To wystarczająco długo. Przed dalszą podróżą kupuję na targu nieco przydługie szare i sztuczne skarpety. Natychmiast je zakładam. Ulga i mniejszy smród.

Okazuje się, że autobusy w kierunku Nyangi odjeżdżają z innego dworca. Ktoś prowadzi nas do minibusa, a kierowcy każe wysadzić nas we właściwym miejscu. Podjeżdżamy kilka kilometrów. Rzeczywiście stąd odjeżdżają minibusy do Nyangi. Siadamy w jednym z nich i wiem, że poczekamy na odjazd. Chicken – bus na pewno nie ruszy zanim nie będzie kompletu pasażerów. Mijają minuty. Godzina. Prawie dwie. Przyjrzeliśmy się życiu dworcowemu dokładnie. Są żebracy i pijacy, cwaniaki i sprzedawcy wszystkiego. Złodzieje pewnie też gdzieś krążą. Pani w cieniu prowadzi coś w rodzaju przechowalni bagażu i nielegalnego baru z wódką. Raz po raz podchodzi do niej klient i bierze małą buteleczkę z alkoholem. Ci, co mniej płacą kupują alkohol na łyki. A to wynalazek! Płacisz tyle, ile pijesz.

W oczekiwaniu na dworcu w Mutare
W oczekiwaniu na dworcu w Mutare

Nasze oczekiwanie nie może się obyć bez podpitego kolesia, którego trudno zrozumieć. Staram się nie złapać z nim kontaktu wzrokowego. To trudne. Jest nieugięty w zagadywaniu. Męczy nas. Staramy się milczeć. Na szczęście wkrótce na pokładzie jest już komplet. Ruszamy. Droga do Juliasdale powinna zająć około dwóch godzin. Po drodze okazuje się, że jest zbyt mało osób w minibusie. Zbieramy kolejnych podróżnych. W naszym trzymiejscowym rzędzie jest już 5 osób. Dwie dodatkowe trochę siedzą, a trochę stoją przodem do nas. Asystent kierowcy próbuje wepchnąć 19 osobę do autobusu. Robi to podczas jazdy. W tym samym momencie autobus staje. Wyciekł nam olej. Dalej nie pojedziemy. Za nami dopiero 15 kilometrów. Ale się najechaliśmy. Wszyscy wysiadają. Mniej cierpliwi idą piechotą. Reszta czeka na kolejne minibusy. Kierowca dzwoni po dodatkowy bus. W międzyczasie robimy zdjęcia przy zepsutym busie. Cierpliwie czekamy.

Podróżowanie po Zimbabwe – awaria chicken - busa
Podróżowanie po Zimbabwe – awaria chicken – busa

Minęło pół godziny. Przyjeżdża nowy bus. Zabiera wszystkich. Dopada nas drzemka. Gdy otwieram oczy jesteśmy w Juliasdale. To chyba zbyt szybko minęło. To naprawdę jest Juliasdale. Wysiadamy przy wypasionym jak na dotychczasowe nasze noclegi hotelu z kasynem. Nie tu chcieliśmy spać. Tu ceny z pewnością będą z kosmosu. Dla świętego spokoju wchodzimy do trzygwiazdkowego hotelu i pytamy o pokoje. Oczywiście, że są. Nocleg kosztuje prawie 100 USD za osobę. To cena nie do zaakceptowania. Będziemy się targować. Udaje się! Ostatecznie cena wynosi 55 USD za wypasiony pokój. Wciąż nieco drogo, ale postanawiamy zostać w tym miejscu.

Hotel stoi prawie pusty. Jest wielki. Może kiedyś tętnił życiem. Teraz prawie nikogo nie ma. Obsługi jest więcej niż gości. Trzeba jednak przyznać, że jest na wysokim poziomie. Aczkolwiek to nie mój klimat.

Przepakowujemy się i wychodzimy na taras. Jest basen, restauracja, palmy, bar i piękny widok na góry. Tylko nieco zimno. Juliasdale to niewielka wioska. Można by nawet powiedzieć, że to dziura. Ciekawi mnie dlaczego ktoś postawił ten hotel właśnie tu. Hotel? Kasyno? Po co?

Na stacji benzynowej kupujemy frytki z kurczakiem i colą. Siadamy na schodkach i przyglądamy się dzieciakom ganiającym po deskach i paniom sprzedającym warzywa. Od czasu do czasu podbiegają do zatrzymujących się na stacji busów i samochodów.

W jedynym sklepie kupujemy jakieś jedzenie i picie. Na wszelki wypadek. Jutro przecież idziemy w góry. Gdzieś w pobliżu jest boisko, na którym trwa mecz miejscowych drużyn. Mecz przyciągnął sporo kibiców. Popijają piwo. Jest zimno. Większość siedzi w kurtkach i czapkach. Ale dlaczego tu jest tak zimno?

Zaczepiony przez nas koleś obiecuje zorganizować nam przejazd na parking przy wjeździe do Parku Narodowego Nyanga. Z kierowcą umawiamy się na jutro na 7 rano. Gdy wracamy do hotelu na niebie pojawia się piękny zachód słońca. Oświetlone słońcem chmury wyglądają obłędnie. Robię kilka zdjęć. Noc zapada momentalnie. Jest godzina 18.00. Zastanawiamy się co robić. Na pewno będziemy robić zdjęcia nocnego nieba. I chyba coś zjemy. Kuszą mnie frytki. Prawdziwe frytki! Nie mrożone. Zamawiamy z Łukaszem talerze mięs i frytki. Za chwilę zamawiamy jeszcze jeden zestaw. Jest pysznie. Ale jedzenia jest zbyt dużo. Nie jesteśmy w stanie zjeść wszystkiego. Zostawiamy szaszłyki.

Montcalir Hotel & Casino
Montcalir Hotel & Casino

To najwyższy czas na zdjęcia. Noc w pełni. Mleczna Droga na niebie. Tysiące gwiazd i chmury. Piękny widok. Na drzewie siada sowa. Jest zbyt ciemno na zdjęcie. Szybko odlatuje. Szkoda.

Wciąż jest wcześnie. W hotelowym pokoju wypijamy po piwie. Ciężko wchodzi. Przejedliśmy się. Korzystamy z okazji i pierzemy ubrania. Kąpiemy się. Delektujemy się czystą pościelą i odrobiną luksusu.

Rozmazany obraz w niewielkim kineskopowym telewizorze nie pozwala nawet na rozróżnienie grających drużyn. Słuchamy więc relacji z meczu i powoli przysypiamy. Próbuję jeszcze coś napisać w zeszycie. Poddaję się jednak. Gaszę światło i idę spać.

Zachód słońca w Juliasdale
Zachód słońca w Juliasdale

Kolejne odcinki bloga z podróży do Zimbabwe znajdziecie tu: Blog z podróży do Zimbabwe

Całość relacji z podróży do Zimbabwe do pobrania stąd: Relacja z podróży do Zimbabwe w pdf

Galeria zdjęć z podróży do Zimbabwe i Botswany do obejrzenia tu:

Zdjęcia z podróży do Zimbabwe

Zdjęcia z Botswany

Print Friendly, PDF & Email

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.