Rejs katamaranem na Ile aux Crefs

Rejs katamaranem na Ile aux Crefs

Rejs katamaranem na Ile aux Crefs

Wtorek. Piąty dzień na Mauritiusie. Co robić na wyspie przez tyle dni? Zapewniam, że ciekawych zajęć nie brakuje. I to wcale nie chodzi o leniuchowanie na kolejnych plażach. Tu jest wiele do zobaczenia.

Dziś o 7 rano ruszamy na wschód wyspy. U jej wybrzeży jest niewielka wysepka Ile aux Crefs. To ona jest naszym celem. Wiele nie brakowało i nie popłynęlibyśmy w rejs. Ruch uliczny na Mauritiusie jest spory. Trafiamy na poranne godziny szczytu. Pół wyspy zmierza w stronę stolicy. My przez kilka kilometrów również. Stoimy więc cierpliwie w sznurku pojazdów czekając na przejazd przez kolejne ronda. Na szczęście nasz cel pozwala na odbicie w innym kierunku. Zamiast spodziewanych 75 minut w drodze jedziemy ponad dwie godziny. GPS prowadzi nas pośród zielonych i sięgających po horyzont pól z trzciną cukrową. Dziwne, że trzcina cukrowa rośnie na każdym kroku w gigantycznych ilościach a nigdzie nie można jej znaleźć w sprzedaży. Ani soku, ani samej trzciny. A ja tak uwielbiam sok z trzciny. Wmawiam sobie, że w końcu znajdziemy miejsce, gdzie będzie można dostać sok.

W miasteczku Trou D’Eau Douce, skąd między innymi wypływają katamarany na wyspę jesteśmy po godzinie 9. Natychmiast pojawiają się naganiacze i jeden z nich w ostatniej chwili organizuje nam rejs last minute. Najpierw jednak musimy dogonić katamaran łodzią motorową, bo rejs rozpoczął się kilkanaście minut wcześniej. Za rejs płacimy po 1300 rupii od osoby. Mati płynie za darmo. Sprawnie przesiadamy się na katamaran. Impreza trwa w najlepsze. Rum leje się strumieniami. Szkoda, że po rejsie muszę wsiąść za kierownicę samochodu. Z głośników sączy się muzyka reggae. Załoga sprawia wrażenie lekko podpitej. Większość pasażerów podpita jest na sto procent.

Rejs katamaranem na Ile aux Crefs
Rejs katamaranem na Ile aux Crefs

Mati wzbudza zainteresowanie, chociaż chyba też obawy, czy za chwilę nie zacznie ryczeć. Jak na razie podoba mu się chyba na łodzi. Jest ciepło. Świeci słońce. Woda dookoła. Przyjemne kołysanie. Załoga stawia żagiel i z większą prędkością ruszamy w kierunku pierwszej atrakcji. To wodospad Grand River. Żeby go zobaczyć musimy przesiąść się do mniejszej łódki. Mateusz bez jęczenia znosi kolejne przesiadki, wkładania i wyjmowania z nosidełka. Wodospad nie zajmuje nam dużo czasu. Można nawet napisać, że jest do niego kolejka. Mamy zaledwie kilka chwil na zdjęcie i wracamy na katamaran, aby popłynąć do miejsca, gdzie zaplanowano snorkelling. Nie jest oszałamiający. Niewiele widać, więc nawet nie jest mi żal, że pobyt w wodzie trwa zaledwie kilkanaście minut.

Wodospad Grand River
Wodospad Grand River

Mateusz potraktował koniec snorkellingu jako znak, aby urozmaicić wszystkim pobyt na łodzi niezbyt przyjemnymi zapachami. Aby je zneutralizować musimy poczekać aż wszyscy zjedzą pyszny lunch. Chowamy się pod podkład i zmieniamy mu pieluchę.

Podwodny świat na Mauritiusie
Podwodny świat na Mauritiusie

W międzyczasie dopływamy do głównego celu wycieczki, czyli na wyspę Ile aux Crefs. Siadamy na niesamowicie przyjemnym piasku nad niewielką cieśniną dzielącą wyspę na dwie części. Gdy jest odpływ bez problemu możemy przejść z jednej strony na drugą. Pozostajemy na części, do której dopłynęliśmy. Czasu starcza jedynie na krótki spacer po plaży. Piasek jest boski. Woda również. Jedynie pogoda płata figla i nagle z nieba spada rzęsisty deszcz. Dobrze, że dokładnie w momencie, gdy wracamy na pokład katamaranu. Inni tego szczęścia nie mieli. Dziesiątki turystów zostało zlanych przez litry wody z nieba.

Z Mateuszem na Ile aux Crefs
Z Mateuszem na Ile aux Crefs

Pomimo, że to bardzo komercyjne miejsce bardzo nam się podobało. Matiemu chyba też się podobało. W drodze na brzeg nie ma kompletnie ochoty na drzemkę. Interesuje go wszystko dookoła. Nie jest w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Zaczepia, dotyka, rozgląda się. Wszędzie go pełno. A tymczasem impreza w drodze powrotnej znów się rozkręciła. Niedopite butelki rumu trzeba wykończyć. Są za darmo. Kolejne butelki lądują na stole. Wszystkiego nie da się wypić. Bardzo szybko dopływamy do Trou D’Eau Douce.

Deszcz przestaje padać. Wracamy do Flic en Flac. Gdzieś po drodze pojawia się tęcza. Słońce walczy z chmurami. W pogodzie nie ma nudy. Ulewa i oślepiające słońce na przemian. Złota godzina z prawdziwego zdarzenia. Mijamy pojedyncze strzeliste szczyty górskie skąpane w pięknych barwach.

To znów był udany dzień. Tak piszę chyba zawsze. Czy będzie kiedyś nieudany? Czy nie będziemy kiedyś zmęczeni? To nie jest takie łatwe przemieszczać się z kilkumiesięcznym dzieckiem. Trzeba pamiętać o tysiącu spraw. Jedzenie, picie, odpoczynek, karmienie, leki, ubrania, przebrania, pieluszki. Wszystko trzeba zaplanować z zapasem ilościowym i czasowym. Jak na razie dzięki Adze to się udaje. Jak na razie Mauritius jest doskonałym miejscem na podróż z małym dzieckiem.

Mateusz idzie spać. Ja z Agnieszką pijemy drinki. Pozazdrościliśmy ludziom na łodzi i kupiliśmy rum z coca colą. W końcu my też możemy odpocząć. Sen nadchodzi nagle. A ja znów nic nie napisałem w pamiętniku i nic nie przeczytałem o Kamerunie. Zaczyna mnie to trochę martwić.

Zdjęcia i relacja z podróży na Mauritius

Zdjęcia z Mauritiusa

Dalsze odcinki relacji z podróży na Mauritius znajdziecie na blogu z podróży na Mauritius

Całość relacji z podróży na Mauritius do pobrania stąd: Relacja z podróży na Mauritius w pdf

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.