Le Morne Brabant - widok z helikoptera

Lot helikopterem nad Le Morne Brabant

Lot helikopterem nad Le Morne Brabant

Prawdopodobnie ostatni dzień na południowo – zachodnim wybrzeżu spędzamy pod znakiem lotów nad górą Le Morne Brabant. Zgodnie z planem, a nawet sporo przed czasem stawiamy się na plaży hotelu The St. Regis Mauritius Resort i czekamy na hydrolot. Agnieszka startuje właśnie z tego miejsca. Początkowo nie widzimy hydrolotu, co w sumie dziwnie, bo kołysze się na falach tuż przy plaży w turkusowej wodzie. Zostaję z Matim na plaży, a Agnieszka wchodzi na pokład niewielkiego samolotu. Odpływa, unosi się w powietrze i znika za drzewami. Czekamy cierpliwie kryjąc się w cieniu. Upał dziś daje popalić. To bardzo dobry dzień na lot widokowy. Przynajmniej do tej pory, a już wiemy, że pogoda na wyspie potrafi się szybko zmienić. Po 20 minutach widzimy wracający samolot. Ląduje na wodzie i płynie w naszą stronę. Mati cieszy się na widok swojej mamy. Zazdroszczę Agnieszce tego lotu.

Plaża na półwyspie Le Morne Brabant
Plaża na półwyspie Le Morne Brabant

Zostajemy na plaży dłuższą chwilę, bo do mojego lotu jest dużo czasu. Hotel, na terenie którego jesteśmy to niezły wypas. Ogromny wielopoziomowy basen. Bungalowy na plaży. Jest chyba jeszcze bardziej ekskluzywny niż ten, gdzie obserwowaliśmy zachody słońca. Ale widok ładniejszy był właśnie tam.

W chwili, gdy wsiadamy do samochodu żeby dotrzeć do Bel Ombre, gdzie zacznie się mój lot pogoda jest zdecydowanie gorsza. Po kilku kilometrach jazdy wzdłuż wybrzeża wjeżdżamy w chmury. Wciąż jest gorąco, ale słońce kryje się za chmurami. Trochę się martwię.

Lot ma się zacząć na polu golfowym w Bel Ombre. Zanim trafimy we właściwe miejsce odwiedzamy kilka złych miejsc. Trzeba zapłacić dodatkowe 2000 rupii za możliwość użycia lądowiska. Opłatę uiszcza się w recepcji jednego z tutejszych hoteli. Luksus niewyobrażalny. Dobrze, że w takich miejscach nie mieszkamy.

Mając jeszcze ponad dwie godziny do startu jedziemy w kierunku plaży Gris Gris. To urwisko na wybrzeżu z ładnym widokiem. Po prostu. Nie wygląda jednak tak oszałamiająco jakby wyglądało, gdyby świeciło słońce. Niestety chyba już dziś nie pojawi się na niebie.

Gdy wracamy zauważam wiszącego na drucie nietoperza. Nie wiem, czy żyje. Podchodzę bliżej. Niestety jest martwy. Prawdopodobnie zahaczył o druty, wplątał się i uszkodził skrzydło i tak już został.

Nietoperz z Mauritiusa - Rudawka mauritiuska
Nietoperz z Mauritiusa – Rudawka mauritiuska

Do wylotu jest jeszcze godzina. Znaleźliśmy lądowisko, chociaż musieliśmy się trochę pokręcić po polu golfowym. Rozkładamy Matiemu koc pod drzewem. Niech sobie popełza. Jest godzina 14.25. Helikoptera nie ma. Mija 15 minut. 30. Wciąż cisza na niebie. Zaczynam się denerwować. Wykręcam numer do firmy, w której rezerwowałem przelot, gdy nagle słyszę charakterystyczny hałas. Pojawia się leciwy helikopter. Jeden z członków załogi wychodzi z białoczerwonego helikoptera. Podchodzę i podaję mu moje nazwisko. Nie lecę. Przede mną ma lecieć ktoś inny. Mój lot został przełożony o godzinę. Nie było jak się ze mną skontaktować. Pozostaje mi czekać kolejnych 20 minut. Gdy wracam do Matiego on cieszy się jak wariat. Ale mi miło.

Rezerwując lot helikopterem trzeba brać pod uwagę zmiany i nie planować nic w późniejszych godzinach. Zresztą sama agencja zastrzegała, że ostateczna godzina lotu potwierdzana jest dopiero na jeden dzień przed lotem. Jak się okazuje może się ona zmienić nawet tego samego dnia. Dobrze, że na późniejszą.

Po 20 minutach helikopter wraca. Biorę aparat, obiektywy i idę w kierunku helikoptera. Mati znów szaleje. Strasznie podoba mu się helikopter.

Helikopter Air Mauritius
Helikopter Air Mauritius

Zakładam słuchawki na uszy. Zapinam pasy. Bez zbędnych ceregieli unosimy się w powietrze. Na mojej twarzy pojawia się smutek. Wszędzie chmury. Po porannej pięknej pogodzie nie ma śladu. Gdy dolatujemy nad Le Morne Brabant na szybie helikoptera pojawiają się krople deszczu. To nie będą widoki, które sobie wymarzyłem. A tak długo na to czekałem.

Wylatujemy kilka, a może nawet kilkanaście kilometrów od wybrzeża żeby zobaczyć złudzenie podwodnego wodospadu u stóp Le Morne Brabant. No jest. Ale to nie to. Nie tak to sobie wyobrażałem. Nie na to czekałem. Tu miało być słońce. Piękna turkusowa woda miała się mienić w promieniach słonecznych. Dookoła chmury i ponury krajobraz. Nie to żeby było całkiem brzydko. Po prostu pogoda mocno zepsuła ten pokaz. Po trzech nawrotach nad wodospadem lecimy w kierunku Chamarel. Lecimy nad kolorowymi wydmami i wodospadem Chamarel. Dwadzieścia minut minęło bardzo szybko.

Wysiadam nieco przybity z helikoptera. Nie na to czekałem. Swoją drogą to niesamowite, że będąc w tak odległym kraju, lecąc helikopterem nad jednym z najpiękniejszych miejsc na wyspie można jeszcze tak marudzić.

Le Morne Brabant - widok z helikoptera
Le Morne Brabant – widok z helikoptera

Mati wita mnie z radością. Znów szalał na widok helikoptera. Ciekawe, czy już kojarzył, że ja tym helikopterem poleciałem i za chwilę z niego wyjdę. Leżymy jeszcze chwilę na kocu. Nad palmami dostrzegam przelatujące zielone papugi. Nie poprawia mi to humoru.

Lepiej już stąd jedźmy. Przed nami długa droga. Gdy tylko wsiadamy do samochodu zaczyna padać deszcz. Gdy przebijamy się przez góry leje. Dosłownie. Czyli pogoda mogła być jeszcze gorsza w trakcie lotu. Mijamy góry i pojawia się słońce. I jak tu można zaplanować cokolwiek, gdy pogoda zmienia się z każdą chwilą i kilometrem?

Gdzieś po drodze zatrzymujemy się na obiad. Tym razem jest to smażony makaron z chili i wątróbką. Do tego deser w postaci słodkich pomarańczowych ciastek w kształcie kulek. Za dwie sycące porcje płacę 300 rupii.

Posileni ruszamy dalej. Nasz cel to Pointe aux Piments na północno zachodnim wybrzeżu. Tam znajduje się nasz nowy hotel. Nazywa się La Margarita.

Obawiałem się nieco przejazdu przez Port Louis. Nie ma jednak tragedii. Jest wprawdzie kilka zatorów, głównie przed licznymi rondami, ale w zasadzie poruszamy się bardzo płynnie. Port Louis wita nas bardzo nowoczesnymi budynkami, co nie jest już dla nas aż takim dużym zaskoczeniem. Wiemy przecież, że Mauritius jest bardzo nowoczesnym krajem. Budynki wyglądają bardzo ciekawie na tle kilkusetmetrowych gór. Zwiedzanie stolicy zostawiamy sobie na inny dzień. Na dziś wrażeń i zwiedzania zdecydowanie wystarczy.

Bez problemu odnajdujemy przyjemny hotelik. Wygląda świetnie. Bar. Basen. Przyjemna restauracja. Miła obsługa. No i naprawdę niezły pokój z wielkim łóżkiem. Jedyne dwa minusy to drugie piętro i niewielkie okienko. Wózek zostawiamy na dole. Nie ma potrzeby ani chęci, aby go wnosić na górę.

Kąpiemy Mateusza i schodzimy razem nad basen. Usypiamy go, wkładamy do namiociku żeby nic go nie ugryzło. Słodko śpi. Musi mu być przyjemnie. Ja w międzyczasie odwiedzam niewielki sklepik w okolicy. Kupuję coca colę, bo dziś wieczorem zamierzamy napić się rumu. Siedzimy nad basenem do 1 w nocy. Mato smacznie śpi. A ja w końcu piszę w pamiętniku wspomnienia z Mauritiusa. Od razu udaje mi się opisać trzy dni. Nareszcie. Już się bałem, że nic nie napiszę.

Mateuszowi chyba spodobało się zasypianie nad basenem, bo budzi się dopiero po 3 w nocy na jedzenie. Szybko wypija nocną porcję mleczka i ponownie zasypia. Daje nam pospać aż do 7 rano. Super!

Zdjęcia i relacja z podróży na Mauritius

Zdjęcia z Mauritiusa

Dalsze odcinki relacji z podróży na Mauritius znajdziecie na blogu z podróży na Mauritius

Całość relacji z podróży na Mauritius do pobrania stąd: Relacja z podróży na Mauritius w pdf

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.