Samiec lwa w kraterze Ngorongoro

Krater Ngorongoro i Masajowie

Krater Ngorongoro i Masajowie

Kolejny dzień z pobudką przed wschodem słońca. Ale jak tu nie wstawać z ochotą, gdy w perspektywie mamy wizytę w kraterze Ngorongoro. Bez zbędnej zwłoki pakujemy bagaże do samochodów. Pierwszy dzisiejszy przystanek mamy przy punkcie widokowym, z którego widać jezioro o wschodzie słońca. Drugi przy bramie wjazdowej na teren rezerwatu Ngorongoro. Trzecia przerwa przy punkcie widokowym na krater. Obłędna rozpadlina o powierzchni około 260 km2. Jeden z Siedmiu Naturalnych Cudów Afryki (Kilimandżaro, Rafa Koralowa Morza Czerwonego, Wielka Migracja w Serengeti, Sahara, Wodospady Wiktorii, Delta Rzeki Okawango, Krater Ngorongoro).

Krater Ngorongoro
Krater Ngorongoro

Jest całkiem rześko. Jesteśmy na wysokości około 2300 m n.p.m. Jeszcze kilkadziesiąt minut jazdy i zaczniemy zjeżdżać do wnętrza krateru. Stromą szutrową i bardzo nierówną drogą zmierzamy na jego dno. Niewidoczne początkowo zwierzęta pojawiają się jak punkty, które z każdym przejechanym metrem robią się coraz większe. Po drodze mijamy ptaki i pierwsze zebry wędrujące ze stadami antylop gnu. Gnu wędrują z małymi źrebakami. Kryją się one w cieniu dorosłych osobników. Niektóre wciąż jeszcze chwieją się na nogach. Są brązowe i nieporadne.

Antylopy gnu w kraterze Ngorongoro
Antylopy gnu w kraterze Ngorongoro

W kraterze Ngorongoro

W katerze jest zaskakująco niewiele samochodów. To pewnie dlatego, że jesteśmy pod koniec sezonu. Jeszcze dwa, a może trzy tygodnie i zacznie się pora deszczowa. Deszcz zaleje Tanzanię. Tymczasowe rzeki, przez które teraz przejeżdżamy zamienią się w rwące potoki. Zwierząt jest więcej i więcej. Są gazelki masajskie i mniejsze gazelopki sawannowe. W oddali wędrują hieny. Bociany białobrzuche grzebią w zielonych trawach.

Nagle wypatrujemy lwa. Jest daleko. Przyglądamy się dokładnie. To nie jedyny lew. Jest ich aż pięć, a może nawet sześć. Trzy z nich wstają i niespiesznym krokiem przechodzą do pozostałych członków stada i kładą się obok.

Hieny próbują upolować małą zebrę. Nie udaje się. Dorosłe osobniki chronią źrebaka, po czym same atakują hienę. Gonią ją przez kilkadziesiąt metrów. Hiena ucieka w popłochu. Pomimo, że jesteśmy dość daleko wszystko doskonale widzimy. Trawy nie są zbyt wysokie. Gdy byłem tu we wrześniu 2008 roku krater porastały pożółkłe ponad metrowe trawy.

Mijamy kolejne stada i kolejne gatunki. Guźce, strusie i niewielkie ptaki. W miejscu zwanym Hippo Pool spędzamy kilkanaście minut czekając, aż którykolwiek ze stada hipopotamów ziewnie. Zwierzęta przewracają się leniwie z boku na bok zanurzając się niemal w całości w błocie. Ale nie ziewają.

Hipopotam w kraterze Ngorongoro
Hipopotam w kraterze Ngorongoro

Gdzieś w oddali dostrzegamy czarnego nosorożca. To już prawdziwa rzadkość w Afryce i tu w kraterze też. Jest bardzo daleko. Wygląda jak szary kamień w oddali. Jest też lis. Kolejne hieny, bawoły, zebry. Nagle kilkanaście metrów od drogi zauważamy lwicę. Leży i sapie. Drzemie. Po chwili unosi głowę. Patrzy w naszym kierunku. Co za emocje! Kilkadziesiąt metrów dalej nad rzeką przechadza się kolejna lwica. W wodzie leży hipopotam. Ogromna ilość zwierząt na wyciągnięcie ręki.

Nad jeziorem w kraterze

Dojeżdżamy nad jedno z jezior. Ci, którzy nie wiedzą padają ofiarą kań egipskich. Czekają cierpliwie na gałęziach potężnego drzewa albo krążą w pobliżu. Gdy ktoś nieświadomie wyjmie coś do jedzenia pędzą w jego stronę i porywają jedzenie. To może skończyć się nieprzyjemną raną. Nie wszyscy o tym wiedzą.

Atakująca kania egipska
Atakująca kania egipska

Siadam w cieniu rozłożystego drzewa i znów czekam na ziewającego hipopotama. Znów żaden nie ziewa. Czas naszego pobytu w kraterze dobiegł końca. Do 13.00 powinniśmy się stąd wydostać. Nie zdążyliśmy. Przyspieszamy. Zatrzymujemy się tylko kilka razy. Przy suszących skrzydła bocianach białogrzbietych, przy leżących w błocie na drodze guźcach i przy koronnikach szarych, zwanych też żurawiami królewskimi. Te ostatnie są piękne. A na deser. Jeszcze przed podjazdem na krawędź krateru mijamy niewielkie wzniesienie.

I nagle dostrzegamy leżącego na nim lwa. To samiec z bujną grzywą. Nie mogę uwierzyć. To drugi raz, gdy spotykamy samca lwa z wielką czupryną. Pierwszy raz widziałem takiego w Zimbabwe. Mniej więcej pół roku temu. To było w nocy. Tym razem widzę go w środku dnia. I mogę zrobić zdjęcie! Po raz pierwszy od około 17 lat. Trudno w to uwierzyć. Cieszę się jak dziecko. Gdy odwraca się z otwartą paszczą w moją stronę moje zadowolenie sięga zenitu. To perełka dzisiejszego safari. Widok rzadki i niezwykły.

Samiec lwa w kraterze Ngorongoro
Samiec lwa w kraterze Ngorongoro

Ale to już koniec. Za chwilę zaczniemy wspinaczkę po zboczu krateru. Stromy, wyłożony kostką podjazd ułatwia wydostanie się z krateru.

Wizyta w pokazowej masajskiej wiosce

Przed nami wizyta w pokazowej wiosce Masajów. Jedziemy do niej szutrową pomarańczową drogą. Gdy zbliżamy się na miejsce pracujący tu Masajowie schodzą się z okolicy. Układ jest jasny. Płacimy za możliwość wejścia do pokazowej wioski, obejrzenie krótkiego pokazu tańca, wejście do jednej z pokazowych chatek, spędzenie kilka chwil w zainscenizowanej szkole oraz możliwość fotografowania.

Portret Masajki
Portret Masajki

Znam to miejsce. Byłem tu dziesięć lat temu. Nic się nie zmieniło. Najważniejsza dla Masajów jest sprzedaż zbyt drogich pamiątek. Trzeba się targować albo nie zwracać na nic uwagi. Szkoła jest przykrym doświadczeniem. Kilkuletnie dzieci są wyuczone na pamięć angielskich liczb i liter. Powtarzają je mechanicznie. Śpiewają piosnkę. Nie wszystkim to się podoba. Dla wielu osób wizyta w tym miejscu jest dużym zawodem.

W masajskiej wiosce
W masajskiej wiosce

Robię kilka portretów Masajów, kupuję bransoletkę i odjeżdżamy. Udało się schronić przed nadciągającą burzą. W drodze powrotnej w buszu dostrzegamy wędrującą żyrafę. Nie można ich spotkać w kraterze, bo nie są w stanie zejść na dół po stromym zboczu. Tu, na ziemiach Masajów przesiedlonych z Serengeti czują się świetnie. Wkrótce żegnamy odległy widok równiny Serengeti i jedziemy w kierunku Arushy. Jedziemy szybko. Kierowcy nie chcą wracać po ciemku. Zatrzymujemy się tylko w jednym sklepie z pamiątkami. Prawie każdy z nas coś kupuje, choć ceny wyjściowe są bardzo wygórowane. Powiedziałbym, że są kosmiczne. Ale to chyba ostatnia szansa na pamiątki z kontynentalnej części Tanzanii.

W masajskiej szkole
W masajskiej szkole

W sklepie z pamiątkami

Wpadłem na genialny pomysł. Jako lider grupy melduję się w sklepie i mówię, że przyprowadziłem klientów. To duży argument pozwalający mi na negocjacje. Ze sklepu wychodzę z ciekawą maską grupy Makonde, zamieszkującej południowowschodnią część Tanzanii oraz północny Mozambik. Nikt nie zna prawdziwej wartości sprzedawanych przedmiotów. Gdy sprzedawca i kupujący są zadowoleni z ceny i transakcja dochodzi do skutku – oznacza to, że dla nich to była właściwa cena. Ale zawsze trzeba choć odrobinę cenę negocjować. Tak po prostu wypada. Za moją maskę płacę 100 000 tanzańskich szylingów, chociaż cena wyjściowa wynosiła 450 USD. Sporo utargowałem. Każdy jest zadowolony. To najważniejsze.

Zaczyna się ściemniać. Mijamy Mto Wa Mbu (nazwa miasta w języku suahili oznacza rzekę komarów). Z każdą chwilą jedziemy szybciej. Gnamy, aby zdążyć przed zmrokiem. To staje się niebezpieczne. To staje się też powoli przygodą. Dojedziemy, czy będziemy mieli wypadek? Nieoświetlone samochody, rowerzyści, motocykliści i piesi są wszędzie. Samochody z kolorowymi światełkami wyglądają jak pojazdy z lunaparku. Bydło wychodzi niespiesznie na drogę. Tuż przed całkowitą ciemnością jesteśmy w Arushy. Bez wypadku. Bez mandatu i bez stłuczki. Teraz jeszcze trzeba odczekać kilkanaście minut w korku. Arusha o tej porze tętni życiem. Na ulicy harmider i zamieszanie. Samochody, autobusy i daladala jeżdżą w każdą stronę. Pomiędzy nimi piesi i motocykliści. Nie ma zasad. Kto większy i szybszy ten jedzie. Taka jest Afryka.

Żyrafa w rezerwacie Ngorongoro
Żyrafa w rezerwacie Ngorongoro

Pod hotelem jesteśmy dopiero około 20.00. Nie tracimy czasu na kąpiel tylko od razu siadamy w restauracji i zamawiamy dania. Ja biorę grillowanego kurczaka, frytki, coca colę i piwo Kilimanjaro. Kurczak jest suchy jak wióry. Po kolacji dopijamy na dachu niedokończoną wczoraj wódkę, po czym rozchodzimy się po pokojach aby zmyć solidną warstwę kurzu zalegającego na naszych ciałach. Ale przede wszystkim trzeba się spakować przed jutrzejszą podróżą na Zanzibar. Kąpiel przynosi wytchnienie. Może to nie to samo co wczoraj na basenie, ale i tak jest przyjemnie. Spakowany i czysty tym razem nie zapominam spuścić moskitiery na łóżko. Prawie natychmiast zasypiam. To był rewelacyjny dzień i jedno z najlepszych safari, na jakich byłem w Afryce.

Zdjęcia i relacja z podróży do Tanzanii

Zdjęcia z podróży do Tanzanii

Pozostałe odcinki relacji z podróży do Tanzanii na blogu

Informacje praktyczne i wskazówki przed podróżą do Tanzanii

Jak zaplanować podróż do Afryki

Wskazówki przed podróżą do Tanzanii

Co zabrać do Tanzanii

Koszt Safari w Tanzanii

Koszt wejścia na Kilimandżaro

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.