Zdobyliśmy Konigstein

Königstein – zdobyłem najwyższy szczyt Namibii

Königstein – zdobyłem najwyższy szczyt Namibii

Ciężka to była noc. Z boku na bok obróciłem chyba milion razy. Siódma rano to wystarczająca godzina, aby zakończyć te męczarnie. Dziś wchodzimy na szczyt – na Königstein – na najwyższy szczyt Namibii. Zostawiamy namiot w dolinie i ruszamy. We czterech. Przed nami trzy godziny podejścia. Podobno łagodniejszego niż wczoraj. To się okaże.

Znów te długie, płaskie i wygodne skały, po których podchodzenie idzie całkiem sprawnie. Przechodzimy przez kilka uroczych dolin, porośniętych złocistymi trawami i po części suchymi już o tej porze roku drzewami. Wędrujemy mniej więcej dwie godziny, gdy dochodzimy do najdłuższej z dolin. Przewodnik mówi, że idziemy wzdłuż rzeki, aby na jej końcu zobaczyć po prawej stronie nasz cel. Końca doliny nie widać. Rzeki oczywiście też. Trawy są gigantyczne. Chwilami są wyższe niż my. Nagrywamy przejście przez to miejsce.

Kaktus w drodze na Konigstein
Kaktus w drodze na Konigstein

W pewnej chwili jest tak, jak obiecywał Jon. Po jednym z podejść dostrzegamy Königstein i dwie charakterystyczne rzeczy. Pierwsza to wysoka antena, prawdopodobnie jednej z sieci komórkowych. Na szczycie podobno będzie zasięg. Druga rzecz to metalowa konstrukcja na właściwym szczycie.

Przed nami jeszcze godzina. Łąka z falującymi na wietrze trawami i kilkoma kaktusami przypominającymi penisy. Po tym odcinku zapowiada się najtrudniejszy fragment. Ostre podejście na dwa razy. Na dwa razy, bo po drodze jest niewielka w miarę płaska łąka. Tuż przed szczytem jest ciężej. Ogromne głazy – trzeba sobie pomagać rękoma.

Na szczycie

Weszliśmy! Zdobywam kolejny afrykański szczyt! Bardzo się cieszę. Słońce pali zajadle. Ale nie jest gorąco. Wytchnienie przynoszą niewielkie porywy wiatru. Pobyt na szczycie dokumentujemy na dziesiątki sposobów. Jest też obiecany zasięg. Wysyłamy ze szczytu smsy do Polski. Zdobycie szczytu świętujemy polskimi słodyczami. Od kilku wyjazdów zawsze wnoszę na górę Ptasie Mleczko i Prince Polo. Częstuję wszystkich. Malutkie jaszczurki dostają nieco okruszków po ciastkach. Do skrzynki, w której znajdują się zeszyty z wpisami osób, które tu dotarły wkładam wyrwaną z mojego zeszytu kartkę z pocztówką wyprawową i naszymi podpisami. Mam nadzieję, że ktoś kto to kiedyś zobaczy odezwie się do mnie.

Zdobyliśmy Konigstein
Zdobyliśmy Konigstein

Spędzamy na szczycie ponad godzinę. To wystarczająco, aby zacząć schodzić. Ostrożnie, bo fragment przed wierzchołkiem jest trudny i stromy. Dochodzimy do łąki i znów nagrywamy te niesamowite namibijskie trawy. Łapie mnie zmęczenie. Nie mogę się doczekać końca. Po drodze wstępujemy jeszcze do wielkiej groty, na której ścianach znajdujemy malunki sprzed tysięcy lat. Tym razem są imponujące. Świetnie zachowane. I dużo. Dużo więcej niż w Spitzkoppe. W pudełku leżącym przy wejściu zebrane są narzędzia i fragmenty przedmiotów używanych przed wiekami. Guziki, groty, ostrza.

Jestem już bardzo zmęczony. Jeszcze jedna dolina, później kolejna i już wkrótce będziemy przy namiocie. Stajemy na przełęczy nad łąką i jedynym pozostałym w okolicy źródłem wody. Ogromna dolina. Widzimy nasz namiot. Jeszcze trochę wysiłku. Schodzimy po wielkich skałach. Nogi, a szczególnie palce bolą od hamowania. Jesteśmy! Padam z nóg. Osiem godzin marszu dało w kość. Nawet nie jestem głodny, choć trasę przeszedłem na dwóch bułkach z dżemem i kawałku Ptasiego Mleczka. Wmuszam w siebie biltonga ze spaghetti z puszki na zimno.

Zasłużony odpoczynek

Podrapane nogi aż szczypią. Całe porysowane. Nie mamy odwagi napić się ze źródełka. Ale kąpiel – proszę bardzo. To świetny pomysł. Od razu czujemy się lepiej. Siły wracają. I jak orzeźwiająco. W sumie teraz to mógłbym pójść dalej. Tylko dzień się powoli kończy. Czekamy nad oczkami wodnymi na ten fantastyczny moment w Namibii, gdy wszystko robi się pomarańczowe. Tak jest zawsze kilka chwil po zachodzie słońca. Dziś też. Jest bajecznie! Żałuję, że nie da się tego momentu wiernie sfotografować. Ale będę próbował.

Marzę dziś jeszcze o jednym. O zdjęciu rozgwieżdżonego nieba. Z doliną, a może z drzewem kolczanowym. Tylko nie mam ze sobą statywu. Przeszkadza też trochę dym z ogniska. Siadam na skale i fotografuję ostatnie chwile ciemniejącego nieba z drzewem na pierwszym planie. Gdy robi się całkowicie ciemno, bierzemy karimatę i siadamy z daleka od namiotu na skale. Ustawiam na niej aparat. Na 5 minut. Później na 6. Aż w końcu robię półgodzinne zdjęcie. Będzie widać „ruch gwiazd”.

Panorama gór Brandberg
Panorama gór Brandberg

Przychodzi jednak chwila zastanowienia. Czy my tu jesteśmy bezpieczni? O ile przy ognisku prawdopodobnie jesteśmy, o tyle tu już chyba nie. Nocą łąka budzi się do życia. Wychodzą z ukrycia myszy, węże i skorpiony. Tu dym nie dociera. Z czego się zresztą cieszę. Ale siedząc nieruchomo jest szansa, że coś może nas zaatakować albo ugryźć. Nawet nie zauważymy kiedy, bo przecież siedzimy w absolutnej ciemności. Dopada mnie strach i paranoja. Już sobie wyobrażam lamparta i stada węży i skorpionów czekających w trawie. Strach zwycięża. Koniec zdjęć. Odwagi wystarczyło na 20 minut. Wracamy. Serce lekko łomocze. Uspokajam się dopiero pod namiotem. Idźmy już lepiej spać. Zdjęcia i tak są fajne.

Jutro kolejny dzień wędrówki. Namibijczycy nieprzerwanie rozmawiają. Ale w końcu też idą spać. Nocą raz na jakiś czas rozpalają ognisko na nowo. Wiem, bo po raz kolejny mam bezsenna noc. Znów się wiercę. Aż do rana.

Zdjęcia i relacja z podróży do Namibii i Botswany

Zdjęcia z podróży do Namibii

Zdjęcia z podróży do Botswany

Pozostałe odcinki relacji z podróży do Namibii i Botswany na blogu

Informacje praktyczne i wskazówki przed podróżą do Namibii i Botswany

Informacje praktyczne przed podróżą do Namibii

Informacje praktyczne przed podróżą do Botswany

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.