Rybitwa królewska w Parku Narodowym Akanda

Akanda National Park

Akanda National Park

Wybieramy się na ptaki do Akanda National Park. Mały już na nas czeka (tak nazywamy niewielkiego wzrostem kolegę z biura Ngondetour). To on czasem nam pomaga. Dziś wraz z kierowcą zawożą nas do siedziby osób, które organizują wycieczki do Akanda National Park. To chyba nie są władze parku. Tak myślimy. Bo to luksusowa rezydencja byłego gabońskiego deputowanego. Tu się płaci za wizytę w parku. Wygląda na to, że korzystając z przywilejów rodzina zmarłego deputowanego ma monopol na organizację wycieczek do parku.

Rezydencja duża. Obok głównego domu jest małe betonowe zadaszenie. Tam jest pochowany deputowany. Chowanie zmarłych przy domu, w których mieszkali musi być popularne, bo spotkaliśmy się już z grobami przy budynkach w kilku miejscach. Nawet w Boka Boka, tuż obok miejsca, gdzie nocowaliśmy.

Po śmierci deputowanego domem zarządza chyba jego żona. Dziarska, nie znosząca sprzeciwu kobieta wydaje wszystkim rozkazy. Jej dzieci, służba, a nawet nasz Mały posłusznie wykonują polecenia. W domu mnóstwo zdjęć zmarłego i kobiety podczas różnych uroczystości. Przepych połączony z afrykańskim kiczem i tandetą. Cierpliwie czekamy aż się ogarną ze wszystkimi pakunkami.

W końcu następuje ta chwila. Przyjeżdża zdezelowana Toyota, która zabiera nas, Tunezyjczyka i jakąś dziewczynę. Dziewczyna – Grace – siada pomiędzy nami. Zna angielski. To rzadkość. Chwali się, że dwa lata mieszkała w RPA. Córeczka deputowanego. Obsługuje nas cała rodzina. Wiadomo, że taki biznes najlepiej kontrolować samemu. Dlaczego piszę o Grace? Zapamiętam ją z jednego. Koszmarnie owłosione nogi. A młoda i nie brzydka. Gdy staje naprzeciwko mnie blisko, spod zbyt krótkiej bluzki wychodzi brzuch. Zarośnięty czarnymi gęstymi kępkami włosów brzuch. No niech ją ktoś ogoli!

W terenowej Toyocie

Toyota ledwo daje radę. Droga ewidentnie dla samochodu terenowego. Co chwilę uderzamy podwoziem o drogę. Pod nogami czuję, jak odkształca się podłoga. Przystajemy, bo samochód nie jest w stanie przetrzeć się podwoziem o wystające kamienie. Z rozpędu daje radę. Masaż stóp o wertepy trwa.

Akanda National Park - krab
Krab w Parku Narodowym Akanda

Docieramy nad wodę. Nie wiem, czy to rzeka. Czarna maź i błoto. A w błocie kraby z jednym potężnym szczypcem. Coś skacze po błocie. Dziwne. Jest długie, pływa, ale wychodzi na brzeg i skacze. Nazywam to żaborybą. Później dowiaduję się, że to poskoczek mułowy. Pakujemy się do łódki motorowej. Płyniemy wśród gęstych mangrowców, co sugeruje, że to jednak może nie rzeka, a ocean wpływający daleko w głąb lądu podczas przypływu. Nie mam odwagi, aby spróbować wody i sprawdzić jej słoność. Płyniemy coraz szerszym korytami przez około 40 minut.

Ptaki w Gabonie

Docieramy do luksusowego hotelu na terenie Akanda National Park. Tu można sobie zafundować nocleg za spore pieniądze. To rzeczywiście środek niczego. Wygląda przyjemnie. Z jednej strony gęsty las. Z drugiej szerokie koryto rzeki. I mangrowce. Zostawiamy owłosioną Grace i płyniemy fotografować ptaki. Na ptasią wyspę. To łacha piachu odsłaniająca się jedynie podczas odpływów. Usytuowana na wybrzeżu od strony oceanu. Flamingi, pelikany i inne ptaki już na nas czekają. Są płochliwe. Jeden po drugim odlatują, gdy dobijamy do piachu. Jeden z flamingów ma złamaną nogę. Są też inne. Na razie nie wiem jak się nazywają. Chodzimy po piachu przekształcającym się miejscami w błotnistą maź. Buty zapadają się po same kostki. Ciężko je wyciągnąć. Zawiedzeni wracamy do łódki.

Pływamy wolno wzdłuż jednego z kanałów. Wypatrujemy czapli, ibisów i pelikanów. Szybko uciekają. Tunezyjczyk ma świetny sprzęt do fotografowania ptaków. Jest ogromny. Ale chyba nie radzi sobie z nim. Postanawiamy wrócić na wyspę. Niespodzianka. Wyspy nie ma. Jest przypływ. Są jednak ptaki. Wróciły. Godzinę obserwujemy startujące, latające i lądujące stada. Jest lepiej niż za pierwszym razem. Możemy wracać. Niesieni prądem przypływu obserwujemy ptaki siedzące na gałęziach. Najciekawsze są czarne z czerwonymi brzuszkami. Po powrocie dowiemy się, że to żołny różowe.

Rybitwa królewska w Parku Narodowym Akanda
Rybitwa królewska w Parku Narodowym Akanda

Po raz pierwszy podczas wyjazdu słońce daje nam się we znaki. Jesteśmy zmęczeni zwykłym siedzeniem w łódce. Do tego parno. Lunch już czeka w hotelu. Niezły. Najbardziej smakują pieczone na słodko banany z ostrym sosem. Po lunchu idziemy jeszcze na krótki spacer po lesie i wracamy do miasta.  Miejsce, z którego zaczynaliśmy podróż zmieniło się. Tam, gdzie rano biegały kraby i skakały żaboryby zalane jest wodą. Wycieczki do Akanda National Park są mocno uzależnione od oceanicznych przypływów.

Flaming różowy w Parku Narodowym Akanda
Flaming różowy w Parku Narodowym Akanda

Misja w Melen

W rezydencji czeka już na nas Mały. Jedziemy z nim do polskiej misji w Melen. O tej porze trudno jest przedostać się przez Libreville. Sobota wieczorem to czas, kiedy Gabończycy ruszają za miasto. Długo jedziemy do odległej dzielnicy. Po drodze spotykamy Sisi, która mieszka niedaleko. Zbudowany na wzgórzu wielki kościół z wielką parafią i podświetlonym na biało krzyżem wyraźnie odznaczają się w krajobrazie okolicy. Górują nad miastem.

Polski ksiądz Jarosław Antoniak niestety nie ma dla nas czasu. Za 10 minut zaczyna się dwugodzinna msza. Ucinamy sobie tylko krótką pogawędkę o Gabonie i o tym jak się tu żyje. Ksiądz mieszka w tym kraju od piętnastu lat. To on rozpoczął budowę tego miejsca. Drugi ksiądz, też Polak przebywa właśnie na urlopie. Spotkana siostra zakonna, też Polka – opowiada o leczeniu Gabończyków, o malarii, o Aids. O tym, jak trudno przekonać Gabończyków do porzucenia tradycyjnych obrzędów. Tylko po co chcą to robić – zastanawiam się po cichu. To przecież tradycje tych ludzi. Po co im zabierać i nakłaniać do czegoś innego.

Zaczyna się msza. Zostawiamy na pamiątkę pocztówki. Po drodze żegnamy również Sisi, dziękując za super robotę jaką wykonała pomagając w organizacji naszego pobytu. I chociaż nie wszystko wyszło tak, jak chcieliśmy – starała się bardzo. Nagroda – koszulka wyprawowa. Mały odwozi nas aż do Tropicany. Tu żegnamy się również z nim. I nadchodzi czas pakowania. W końcu próbuję też kolejnego smaku likieru z São Tomé. Tym razem jest to likier z jackfruita. Jest chyba najlepszy z tych, które próbowaliśmy. Spakowany plecak urósł do potężnych rozmiarów.

Zdjęcia i relacja z podróży do Gabonu

Zdjęcia z podróży do Gabonu

Pozostałe odcinki relacji z podróży do Gabonu na blogu

Informacje praktyczne i wskazówki przed podróżą do Gabonu

Gabon – informacje praktyczne

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.