Najwyżej położone miejsce w Gambii
Kolejna ciężka noc. Łukasz chrapie, a pot leje się ciurkiem. Żadnego ruchu powietrza. O kąpieli już dawno zapomniałem. Prądu ciągle nie ma, więc wiatrak nie pracuje. Mimo wszystko staram się zasnąć. Ale nic z tego. Leżę i czekam. Sen nadchodzi po północy. Punktualnie o 6:30 włączają prąd i wiatrak zaczyna działać. Robi się przyjemnie, ale tylko na pół godziny, bo o 7:00 trzeba wstać. Dziś wielki dzień. Ostatni dzień w Senegalu. Przed nami wędrówka na najwyżej położone miejsce w Gambii.
Pakujemy się więc na podróż i po raz pierwszy na śniadanie nie dostajemy czekolady. Dziś jemy omleta. Szkoda, że to ostatni dzień z Babacarem w Senegalu. To świetny przewodnik i kierowca. Szczerze go polecam.

Na granicy Senegalu i Gambii
Baba podrzuca nas na przejście graniczne. A tu? Typowo afrykański graniczny klimat. Przed wejściem siedzi zaspany policjant. Nie ma ochoty sprawdzać naszych dokumentów. Leniwie patrzy przed siebie. W końcu bierze od nas paszporty i zanosi do pomieszczenia. Czekamy cierpliwie. Nie dzieje się nic. Mija 10 minut, po czym słyszymy wołanie. Możemy wejść do środka. Dwóch urzędników zapisuje nasze dane w zeszycie. Prawie wszystkie pozycje w formularzu wypełnione. Zostaje tylko do wpisania wykonywany zawód. Tu wszędzie trzeba wpisywać zawód. Proszę żeby wpisać „Traveler”. Niestety użyłem dość nietypowego zawodu i chłopak nie wie, co to znaczy. Tym bardziej, że nie zna języka angielskiego. Próbuje dowiedzieć się, kim naprawdę jestem. Nie udaje się. Dopiero za pomocą tłumacza elektronicznego w telefonie mówię, że mój zawód w języku francuskim to „Voyageur”. To rozwiązuje zagadkę. Wbija nam pieczątki do paszportów. Możemy opuścić Senegal. Jesteśmy pierwsi, którzy przekraczają granicę tego dnia.
Żeby dojść na posterunek gambijski idziemy drogą prawie kilometr. Nasz gambijski przewodnik już na nas czeka. Ma na imię Bakary. Zostawiamy mu plecaki i podchodzimy do granicznego okienka. Tu jest nieco nowocześniej. Trzeba nawet zostawić odciski palców, chociaż maszynka do skanowania odcisków nie do końca działa. Dostajemy pozwolenie na 14-dniowy pobyt w Gambii. Możemy ruszać w dalszą podróż.
Będziemy podróżować w czwórkę. Łukasz, ja, Bakary i jego kierowca o imieniu Józef. Dla nas jest miejsce z tyłu samochodu. Jest trochę luźniej niż z Babacarem. Po kilkuset metrach zatrzymuje nas Policja. Policjant sprawdza, co mamy w plecakach. Po kolei wyciągam brudne ubrania, kosmetyki, przekąski. Nic nie wzbudza większego zainteresowania. Na pożegnanie, z poważną miną tłumaczy, że ta kontrola jest dla dobra Gambii. To bardzo ważne żeby sprawdzać, czy ludzie nie wwożą czegoś niebezpiecznego.
Najwyżej położone miejsce w Gambii – na najwyższym szczycie Gambii
Pierwszym naszym celem jest najwyżej położone miejsce w Gambii. Ten wyjazd zaliczam do projektu „W drodze na najwyższe szczyty Afryki” i zamierzam zdobyć najwyższą górę Gambii, zwaną Sare Firasu Hill. Słowo „góra” bez wątpienia jest tu pewnym nadużyciem. Trudno uznać za górę miejsce o wysokości około 50 m n.p.m., znajdujące się pośród pól orzeszków arachidowych w terenie, który nie wygląda ani trochę na pofałdowany. To nie jest na pewno spektakularne miejsce.

Skąd wiem, że najprawdopodobniej w tym właśnie miejscu znajduje się najwyżej położony punkt w Gambii? Poszukiwania trwały naprawdę długo. A szczegółowy opis tych poszukiwań znajdziesz tu: Sare Firasu Hill – najwyższa góra w Gambii.
Kierując się doskonałą terenową mapą, jedziemy samochodem do miejsca, gdzie droga po prostu się kończy i staje się wąską ścieżką. Dystans prawie 2 km trzeba przejść piechotą. Część wąską ścieżką, a część po prostu przez pola orzeszków arachidowych. Jestem pewien, że dwaj biali turyści z plecakami w tym właśnie miejscu wyglądają jak kosmici. Metr po metrze zdobywamy wysokość. Chociaż w tym wypadku raczej jest to centymetr po centymetrze. Będzie z tego trochę śmiechu. Bez targarzy, bez tlenu i tak dalej. Tak naprawdę największa trudność już jest za mną (znalezienie informacji na temat tego miejsca). Bieżącą trudnością jest jedynie temperatura. Bez dokładnej mapy nie ma szans żeby znaleźć to miejsce i trasę.
Zrobiłem to!. Stanąłem z Łukaszem na najprawdopodobniej najwyższym miejscu w Gambii. Cieszę się. Mam tylko wrażenie, że Bakary zupełnie nie wie, po co właściwie tu chcieliśmy dojść. Ale udaje, że wszystko jest okej.
Pierwsze zakupy w Gambii
Wracamy do samochodu i jedziemy do miasteczka Basse Santa Su. W jednym z kantorów wymieniamy dolary na gambijskie dalasi. Kupujemy doładowania do kart SIM, które kupił nam Bakary i zwiedzamy pierwszy gambijski bazar. Sprawne wrażenie bardziej kolorowego niż te z Senegalu. Chociaż ludzie zdają się być mniej przyjaźni. Na razie jeszcze nie próbujemy robić zdjęć. Kupujemy bryłę lodu do chłodzenia napojów w lodówce i jedziemy w kierunku rzeki Gambia.

W poszukiwaniu żołn czerwonogardłych
Skręcamy w pewnym momencie w wąską drogę w kierunku kamieniołomu zwanego Bansang Quarry. Na jej końcu Bakary oznajmia, że tu zjemy lunch i poszukamy żołn. Naszym posiłkiem są chińskie sardynki z puszki ze świeżymi bagietkami. Są naprawdę dobre.
Po chwili idziemy na pagórki w poszukiwaniu żołn. Niestety nie ma nic. Jedynie wypalone pagórki i busz. Jedziemy więc dalej. Ale po kilkuset metrach skręcamy w kolejną boczną dróżkę, bo Bakaremu przypomniało się, że to jednak tu powinniśmy trafić. Tu od razu widać kolorowe ptaki. To żołny czerwonogardłe. Są wszędzie. Odkrywamy nawet piaszczyste ściany, w których są dziesiątki dziupli. Żołn są setki. Chowamy się więc przed gałęziami pośród traw i staramy się złapać jak najciekawsze ujęcia. Spędzamy tu mnóstwo czasu. Niektóre zdjęcia powstają z odległości zaledwie kilku metrów. To naprawdę dobra miejscówka.
Kolejne ptasie miejsce znajduje się w pobliżu mostu nad rzeką Gambia prowadzącego na wyspę do Janjanbureh (dawniej Georgetown). Chodzimy z aparatami pośród podmokłych terenów pól ryżowych. Są warugi, toko, papugi, czaple i całkiem sporo innych ptaków. Jest też strasznie wilgotno.

Baobolong Lodge w Gambii
Przed zmrokiem docieramy do Baobolong Lodge. Zapowiada się typowy afrykański nocleg z robakami. Jest brudno. Wszystko zapuszczone i zdezelowane. Aż przykro na to patrzeć. W pokoju jest zamek, ale taki, że jedną ręką można go wyjąć. Łóżka na betonowych podwyższeniach. Do tego mnóstwo robaków. A w łazience jest toaleta, na której można nawet usiąść. Chociaż nie polecam, bo jest naprawdę brudno. Ale w pozycji siedzącej na toalecie spokojnie można jednocześnie wziąć prysznic. No cóż. Trzeba to jakoś wytrzymać. Dobrze, że jest wiatrak. Może tym razem obędzie się bez przerw w dostawie prądu.
O 19:30 podają kolację. Zaraz po niej idziemy się przejść po mieście Janjanbureh. Siadamy na chwilę w miejscowym barze i zamawiamy po piwie. Nad głowami latają nietoperze. Po powrocie do naszej lodży nie idziemy spać. Zostajemy jeszcze przy barze, w którym nic nie ma. Pijemy więc wiśniówkę z Polski, wznosząc toast za zdobycie najwyższej góry w Gambii. Rozmawiamy też z młodym Gambijczykiem na różne tematy. Schodzimy nawet na polityczne tematy, ale z tym akurat trzeba bardzo uważać. Nigdy nie wiadomo, z kim się rozmawia. Dookoła fruwa mnóstwo owadów. Jak dla mnie, za dużo. Szumi w głowie. Noc jest całkiem spoko chociaż czysto nie jest. Do pokoju wpadają kolejne owady, mniejsze i większe. Zupełnie mnie to nie rusza. W końcu zasypiam.
Pamiątki z Afryki
Pamiątki z Afryki możesz kupić w wielu miejscach podczas podróży: na targach, bazarach, w sklepach, w hotelach i od ulicznych sprzedawców. Jeśli jednak zapomniałeś albo nie miałeś wystarczająco miejsca w bagażu – zapraszam do mojego afrykańskiego sklepu z oryginalnymi pamiątkami z Afryki. Znajdziesz w nim również z pamiątki z Gambii. Kupisz oryginalne maski, rzeźby afrykańskie, drewniane naczynia, figurki zwierząt, kosmetyki, kawy i mnóstwo niepowtarzalnych afrykańskich dekoracji.

Zdjęcia i wspomnienia z podróży do Gambii
Zdjęcia z tej podróży znajdziesz w galerii zdjęć z podróży do Gambii. Wszystkie odcinki tej relacji z podróży możesz przeczytać na blogu z podróży do Gambii.