Pico de São Tomé

Najwyższa góra São Tomé

Najwyższa góra São Tomé

Najwyższa góra São Tomé to dzisiejszy cel. Deszcz kropi z przerwami całą noc. Niezbyt się wysypiam. Namiot stoi na korzeniach, co mojemu kręgosłupowi nie za bardzo się podoba. Mokre rzeczy ze śpiwora nie wyschły. I tak je zakładam. Sprawdzam, czy w kaloszach nie czeka na mnie niespodzianka. Pusto. Wkładam stopy w mokrych skarpetach do mokrych kaloszy. Zakładam mokry wyprawowy t-shirt. Sprawdzam, czy mam czapkę z flagą São Tomé. Zostawiam w namiocie niepotrzebne rzeczy.

Jestem gotowy do wyjścia na szczyt. Podobno podejście zajmie 20 minut. Ruszamy. Prawie od początku jest ślisko i bardzo stromo. Prawie nic nie widać. Siąpi nieprzyjemny deszcz. Idziemy w ponchach. Podejście jest wymagające i okrycia niezbyt nam się przydają. Raczej przeszkadzają. Wspinaczka po błocie i korzeniach. Jak wczoraj. Kij, który służył mi do tej pory do wspomagania przy niektórych trudnościach, zostawiam gdzieś w krzakach. Zaczął bardziej przeszkadzać niż pomagać.

Dzisiejsze podejście to niezła gimnastyka. Podciąganie na rękach, labirynt pośród kamieni, korzeni i gałęzi. Jeszcze tylko kawałek. Przewodnik odlicza do 10. 10 ma oznaczać szczyt. 1, 2, 3, 4 ….. 10! Stajemy na szczycie. Lekko mży. Jesteśmy na najwyższym szczycie Wysp Św. Tomasza i Książęcej. Najwyższa góra São Tomé ma wysokość 2024 m n.p.m., choć nasz słabo działający GPS wskazuje nieco więcej. To już ósmy najwyższy szczyt afrykańskiego państwa, który zdobywam. Pierwszy spośród szczytów na afrykańskiej wyspie. Mamy szczęście. Wyszło słońce. Ale wciąż spada na nas delikatna mżawka. Nie przeszkadza nam w dokumentacji pobytu w tym miejscu.

Pico de São Tomé
Pico de São Tomé

Zejście z Pico de São Tomé

Powrót łatwy nie będzie. Na wszelki wypadek nie zakładamy ponch. Nie będą się plątać podczas schodzenia. Jest tak ślisko, jak się tego spodziewaliśmy. Idziemy ślimaczym tempem. Staramy się nie runąć ze stromego urwiska. Po dwóch godzinach wracamy do obozu. Pakujemy się. Zjadamy śniadanie. Ponownie dostajemy pyszną herbatę z deszczowego lasu. Smakuje wybornie. Jak się później okazało liście, z których parzona jest herbata to afrodyzjak.

Przed nami pięć godzin zejścia. Jak dobrze pójdzie. Widząc jak szło nam schodzenie z wierzchołka może być z tym różnie. Nie pomyliłem się. Zajmuje sześć godzin. Mozolne i długie zejście, wręcz ześlizgiwanie się po korzeniach i błocie. Nogi są tym zmęczone. Kilkukrotnie zaliczam ostry ślizg. Podczas jednego z nich łapię się w ostatniej chwili drzewa, aby nie polecieć w dół. Drzewo zostawia w mojej dłoni pięć malutkich śladów. Coś weszło i siedzi głęboko. Mam nadzieję, że to nic trującego.

Dalej po drodze

Dochodzimy do obrośniętego drzewami starego, kolonialnego kamiennego domu. Od tego miejsca ma już być łatwiej. W sumie tak jest. Jesteśmy tak zmęczeni, że każdy krok, nawet po płaskim boli. Wędrujemy zarośniętą i zawaloną drzewami starą, częściowo brukowaną drogą. Kiedyś prowadziła do tego zarośniętego domu. Teraz jest lekkim ułatwieniem wędrówki. Niby to droga, a chwilami gimnastykujemy się nie mniej, niż podczas zejścia z wierzchołka, aby pokonać powalone konary i drzewa. Ciężko stawiam kroki. Potykam się. Dostałem w kość. Na dodatek tragarz nie wziął wszystkich butelek z wodą i na osiem godzin marszu zostało już tylko 1,5 litra. Dobrze, że schodzimy, a nie podchodzimy. No i nie ma upału.

Droga chwilami się urywa. Wtedy musimy ześlizgiwać się wydeptanymi skrótami w błocie. Przewodnik wycina maczetą schody w błocie. Nieco ułatwia nam zejście. Ale to i tak na nasze zmęczone nogi wysiłek spory. Jeszcze jeden zakręt i ostatni długi zjazd w błocie. Jest liana. Długa na kilkanaście metrów. Dzięki temu udaje się zjechać bezpiecznie. Docieramy do górskiej drogi. Nie mamy siły, aby podejść kilkaset metrów do wodospadu. Ale wydaje się, że nie ma zbyt dużo wody w strumieniu, więc wodospad też pewnie w tym momencie nie jest zbyt okazały. Darujemy go sobie. Wolno idziemy drogą, wypatrując za każdym zakrętem czekającego samochodu. Nagle nasz tragarz przewraca się. Obija się solidnie. Też jest wykończony.

Zabawy dzieci na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej
Zabawy dzieci na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej

Palmowe wino w nagrodę

W końcu pojawia się Godinho z samochodem. To koniec wędrówki. Szczęśliwie zeszliśmy ze szczytu. Było bardzo ciężko. To trudna góra, szczególnie w czasie pory deszczowej. Jest bardzo niebezpiecznie. Godinho wita nas uśmiechnięty, wręczając nagrodę w postaci półtoralitrowej butelki palmowego wina. Tak, to jest ta chwila, na którą czekałem. Napiję się wina. Słodkie i kwaśne. Nieco śmierdzi i sprawia wrażenie nieco gazowanego. Ale to chyba przez wciąż trwający proces fermentacji.

Z ulgą pozbywamy się kaloszy. Jesteśmy potwornie ubłoceni. Dopiero teraz to widać. Trochę nam głupio wsiadać w takim stanie do samochodu.

Ciągle pada

Na dole wciąż pada deszcz. Ale wrażenia na nas już nie robi. Przyzwyczailiśmy się. Szkoda tylko, że zaparowały mi obiektywy i mam problem z robieniem zdjęć. Na szczęście nie długo. Gdy dojeżdżamy do Ponta Figo nadchodzi czas relaksu i świętowania. Godinho zatrzymuje się tuż obok kobiety grillującej ślimaki. Są twarde. Niezbyt smaczne. Ale cała nasza grupa zjada po kilka porcji tej egzotycznej potrawy. A dopiero co się dziwiliśmy skąd w górach tak dużo skorup po ślimakach. Już wiemy. Zostały zjedzone. Ślimaki popijam winem, a chwilę później wychylam butelkę piwa Rosema.

Kakao na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej
Kakao na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej

Grillowane ślimaki

Nie dla ślimaków jednak się tu zatrzymaliśmy. Ponta Figo to pozostałość po największej postkolonialnej plantacji kakao. Dawne budynki nie pełnią już swojej pierwotnej roli. Ale ślady dawnej świetności wciąż są widoczne. A plantacja wciąż funkcjonuje.

Ślimaki przyjąłem na pusty żołądek, więc momentalnie ponosi mnie fantazja. Chodzę po niewielkim postkolonialnym miasteczku fotografując toczące się wolno życie. Nikt nie protestuje, gdy robię zdjęcia. Ludzie sami o to proszą. Lubię mentalność mieszkańców São Tomé

Na plantacji kakao na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej
Na plantacji kakao na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej

Czas ruszać. Godinho świetnie się sprawdza w roli organizatora i przewodnika. Dokładnie tego od niego oczekiwaliśmy. To gość z jajami. Ma poczucie humoru i potrafi się wszędzie wkręcić. Przypomina mi nieco Josepha z Tanzanii. Cieszę się, że go poznałem.

Na plantacji kakao

Zabiera nas na plantację kakao. Obserwujemy mieszańców São Tomé przerzucających mokre i śmierdzące ziarna kakao na platformy, aby je wysuszyć. Ciężka praca. Pewnie bardzo słabo płatna. Większość pracowników to kobiety. Pracują boso. Noszą pełne wiadra ziaren na głowach, aby wysypać je na wielkich suszarkach. Tam inne osoby rozprowadzają to wszystko drewnianymi grabiami po całej powierzchni. Odwiedzamy też miejsce, gdzie suche ziarna, popakowane w kilkunastokilogramowe worki czekają na transport do portu i dalej w świat. Worki oznaczone logo plantacji. Niestety nie mamy pozwolenia na fotografowanie tego miejsca

Dziewczyna z Wysp Świętego Tomasza i Książęcej
Dziewczyna z Wysp Świętego Tomasza i Książęcej

Docieramy na wybrzeże. Mijamy Neves. To przemysłowe centrum Wysp. Tu jest port. Tu ma siedzibę jedyny krajowy browar. Odwiedzamy lagunę o nazwie Lagoa Azul. Ale jest już trochę szaro i ponuro. Uroku temu miejscu dodają baobaby. W końcu meldujemy się w stolicy. Już po zmroku. Szczęśliwi. Góra zdobyta. Przewodnik i tragarz dostają napiwki i pocztówki. A my umawiamy się z Godinho, że jutro wynajmiemy samochód z kierowcą na dwa dni.

Pyszna ryba na zakończenie

Najwyższa góra São Tomé zdobyta. Czas uczcić wejście na górę obiadem. Jakim? Oczywiście pyszną rybą. Ale dziś idziemy do innej knajpy. Papa Figo okazuje się równie dobrą restauracyjką jak B24. Dostajemy pyszną rybę. Znakomicie przyrządzona. Palce lizać.

Kończą nam się nasze miliony. Potrzebujemy odnaleźć cinkciarzy żeby wymienić jeszcze trochę pieniędzy na miejscowe dobra.  Czeka nas nocny spacer po mieście. Gdzieś w ciemnych zakamarkach miasta znajdujemy faceta, u którego wymieniamy 100 euro. Znów zostaliśmy milionerami. Chyłkiem chowamy miliony do kieszeni. Nerwowo rozglądamy się dookoła. Nie wiemy w sumie, czy to co robimy jest legalne, czy nie. Sądząc jednak po liczbie kręcących się tu cinkciarzy można sądzić, że to dosyć powszechna praktyka. Wracamy do hotelu. Na kąpiel, internet i zasłużony odpoczynek. Ciężko już się zmobilizować do jakiejkolwiek czynności po tak długim i męczącym dniu

Zdjęcia i relacja z podróży do Gabonu

Zdjęcia z podróży do Gabonu

Pozostałe odcinki relacji z podróży do Gabonu na blogu

Informacje praktyczne i wskazówki przed podróżą do Gabonu

Gabon – informacje praktyczne

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.