Pierwszy dzień w Namibii

Pierwszy dzień w Namibii

Pierwszy dzień w Namibii

Dziś zamierzaliśmy spędzić pierwszy dzień w Namibii. Ale za nim to miało nastąpić trzeba było zrobić zakupy. Tak więc poranek w RPA poświęciliśmy na zakupy. Kupiliśmy w końcu przepyszne ogromne winogrona. Wyglądały prawie jak śliwki. W Polsce takich nie widziałem. Kupiliśmy też owoc o tajemniczej nazwie Paw Paw. W sklepie PEP znalazłem też koce, ręcznik i ubrania, które powinny zastąpić to, co straciłem w Kapsztadzie.

Do granicy zostało tylko sto dwadzieścia kilometrów. Pokonaliśmy je całkiem szybko. Sprawnie też poszło załatwienie formalności wyjazdowych po stronie południowoafrykańskiej. Podczas przejazdu przez strefę graniczną zatrzymaliśmy się jednak na kilka chwil żeby zrobić zdjęcie granicznej rzeki Orange. Prawdopodobnie uśpiło to nieco naszą czujność. Gdy pojawiliśmy się w namibijskim punkcie granicznym zatrzymał nas policjant. Dopatrzył się, że Karol zapomniał zapiąć pasy i jechał bez nich kilkadziesiąt metrów. Zwrócił też uwagę na to, że nie mieliśmy naklejonej tabliczki z kodem kraju, z którego pochodził samochód. Nie mieliśmy znaczka ZA przyklejonego z tyłu samochodu. I to był chyba większy problem.

Drogi w Namibii
Drogi w Namibii

Mandat na granicy

Policjant szykował mandat. Kazał przejść odprawę paszportową i wrócić. Mówił, że wyjaśni nam przepisy panujące w Namibii. Ładnie się zaczęło. Wbrew obawom odprawa przebiegła szybko, choć w opinii celniczki nasze wizy były podejrzane. Drugi celnik musiał ją kilka razy zapewniać, że wszystko było w porządku. W końcu wstemplowali nam co trzeba do paszportu. Musieliśmy jeszcze uiścić opłatę za używanie dróg, no i niestety wrócić do policjanta.

Zaczął znów od tego, że nie mieliśmy naklejki. Postanowiliśmy go przekonać. Zaczęliśmy opowiadać, że zostaliśmy okradzeni. Pokazaliśmy dokument, który otrzymaliśmy od policji w Kapsztadzie. Nie było wprawdzie jeszcze na nim żadnych informacji oprócz pieczątki policyjnej. Ważne, że była pieczątka. Resztę mogliśmy dopisać według własnego uznania. Przeszło. Mandat został darowany, ale policjant poinformował nas, że powinniśmy wpłacić dotację na klub sportowy. Wyciągnął więc zeszyt i pokazał nazwiska innych „darczyńców” wraz z kwotami darowizn. Oczywiste było, że to zwykłą łapówka. Podpisałem się i przekazałem pięćdziesiąt randów.

Na namibijskiej stacji

Na wszelki wypadek zapytaliśmy, gdzie możemy kupić naklejkę, żeby kolejny policjant nie kazał dotować kolejnych klubów sportowych. Powiedział, że na następnej stacji Shella. Wspomniał też, że dobrze by było mieć wino w torbie dla pracownika stacji. To już trochę mnie zdenerwowało. Nie dałem jednak po sobie poznać. Na koniec zerknął jeszcze na nasz bałagan w bagażniku i kazał jechać.

Na wskazanej stacji nikt nie chciał się przyznać do posiadania naklejek, których potrzebowaliśmy. W końcu dogadałem się ze sprzedawczynią, która wydrukowała na zwykłej kartce A4 przygotowany wzór napisu ZA w kółeczku. Wycięła znak nożyczkami i sprezentowała. Nie chciała za to żadnych pieniędzy.

Namibijskie znaki
Namibijskie znaki

Mogliśmy odetchnąć i w końcu powiedzieć, że jesteśmy w Namibii. Krajobraz zmienił się natychmiast po przekroczeniu granicy i rzeki Orange. Ciemnoszary piach, żużel, półpustynia. Droga zdawała się prowadzić donikąd. Mijaliśmy jeszcze mniej samochodów niż w RPA. Domów nie spotykaliśmy prawie wcale.

Namibijskie szutry

Pierwsze miasto, do którego potrzebowaliśmy dotrzeć to Grünau. Nazwałbym je raczej wioską z polnymi drogami. To był jednak tylko punkt, w którym planowaliśmy skręcić w mniej uczęszczaną drogę C12. Minęliśmy góry i krajobraz znów się zmienił. Pojawiły się łąki złotych traw kołyszących się na gorącym wietrze. Później piach z porozrzucanymi kamieniami, a czasem nieco więcej roślin bardziej odpornych na suchość klimatu. Na horyzoncie znów zamigotały góry. To było niesamowite pustkowie. Cisza dokoła, wiatr i upał. Było po prostu pięknie.

Jechaliśmy do kanionu rzeki Fish (Fish River Canyon). Wszystkie drogi wyglądały jak wielkie szutrowe autostrady. Każda miała niemal dwa pasy w każdą stronę i do tego pobocza. Nawierzchnia była wręcz idealna. Pędziliśmy nimi niemal 100 km/h. Niewiele wolniej niż po głównej asfaltowej namibijskiej drodze B1, którą jechaliśmy z prędkością 120 km/h. Czasem tylko droga była lekko podmyta. Wystarczyło zwolnić i jechać dalej.

Zabytkowe samochody z Namibii
Zabytkowe samochody z Namibii

Fish River Canyon

Krajobrazy zachwycały. Skały, góry i samotne drzewa. Pora deszczowa, która trwała nie była widoczna. Była odczuwalna na północy kraju. Tam podobno lało. Tu deszczu nie było chyba długo. W żadnej rzece nie było wody, a ślady nigdzie nie wskazywały, że tędy płynęła. Podejrzewałem jednak, że deszcz mógłby nadejść w najmniej spodziewanym momencie. Gdyby się pojawił to nasz Volkswagen Golf miałby kłopoty. Do tej pory pomimo, że nie był samochodem terenowym spisywał się nieźle.

Wjechaliśmy na teren kanionu rzeki Fish chociaż do rzeki był jeszcze spory kawałek. Pojawiły się znaki ostrzegające o zebrach, koniach, strusiach i antylopach. Widzieliśmy dzikie konie, które wyglądały jak konie zmieszane z osłami. Nazwaliśmy je pieszczotliwie osłokoniami.

Dotarliśmy na kemping z wrakami starych samochodów. Nie zamierzaliśmy tu nocować. Jechaliśmy do Hobas, gdzie miał się zacząć obszar zaliczany do kanionu. Po dziesięciu kilometrach ukazał się zapierający dech w piersiach kanion. To drugi największy kanion na świecie. Koryto rzeki Fish można było zobaczyć około pięciuset metrów niżej. Wspaniale wyrzeźbiony kanion przez wzbierającą w porze deszczowej rzekę oszałamiał. W tej chwili wody nie było dużo. Oprócz granicznej rzeki Orange była to dopiero druga rzeka, w której zobaczyliśmy wodę.

Kolacja przy urwisku

Spędziliśmy w pobliżu urwisk około dwóch godzin delektując się pięknymi widokami, zachodem słońca, a przy tym robiąc masę zdjęć. Zjedliśmy kolację, którą popiliśmy pysznym winem. Pojawiające się w pobliżu ptaki nie przejmowały się nami. Podjadały nasze owoce i okruchy chleba.

Fish River Canyon
Fish River Canyon

Momentalnie zrobiło się ciemno. Szumiało nam nieco w głowach, co zupełnie nie przeszkodziło w dalszej jeździe. Tymi szutrami można było jeździć bez wytchnienia. Jedynym niebezpieczeństwem były przebiegające przez drogę zwierzęta. Były wśród nich antylopy, dzikie króliki, szakale i hieny.

Słuchając radia można było się dowiedzieć, że na północy Namibii występowało zwiększone zagrożenie malarią, że kogoś zabito oraz o ludziach koczujących bez dachu nad głową po powodzi. Wtedy też dowiedzieliśmy się, że w Namibii obowiązywała inna strefa czasowa niż w RPA. Wróciliśmy do Grünau. Znaleźliśmy kemping pośród piachów, po czym zaparkowaliśmy pod dziwnym drzewem, które bombardowało naszego golfa przez całą noc malutkimi owocami. Wypiliśmy przed snem jeszcze trochę alkoholu i zaczęliśmy odpierać wściekłe ataki komarów. W końcu zamknęliśmy okna. Dzięki temu doświadczyliśmy pierwszej ciepłej nocy od dłuższego czasu.

Informacje praktyczne i wskazówki przed podróżą do Namibii

Przed podróżą do Namibii i RPA warto zerknąć na kilka wskazówek ułatwiających planowanie wyjazdu. Sprawdźcie informacje praktyczne przed podróżą do Namibii, jak zaplanować podróż do Afryki, gdzie znaleźć tanie bilety oraz co spakować.

Zdjęcia i wspomnienia z podróży do RPA i Namibii

W galerii znajdziecie zdjęcia z podróży do RPA i zdjęcia z podróży do Namibii. Wszystkie odcinki relacji z podróży można przeczytać na blogu z pierwszej podróży do Namibii.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.