W mokoro

Spływ mokoro w delcie rzeki Okawango

Spływ mokoro w delcie rzeki Okawango

Drugi dzień atrakcji w delcie rzeki Okawango. Spływ Mokoro, czyli dłubanką napędzaną poprzez oddychanie od dna kijem ngashi. Start spływu o 8. W zasadzie zbiórka przy recepcji. Potrzebujemy jeszcze kupić kartę SIM i trochę muzyki z Botswany. Prosimy o to na recepcji i wydaje się, że się dogadaliśmy. Wieczorem wszystko powinno być. No chyba, że czegoś nie zrozumieliśmy. Tak mogło być, bo nikt od nas nie chciał pieniędzy, ani pendrive’a żeby przegrać muzykę. Trochę to podejrzane.

Wsiadamy do samochodu i jesteśmy wiezieni do miejsca startu spływu. Trwa to około 45 minut. Na miejscu czeka już kilkanaście łódek. Wsiadamy do jednej z nich i płyniemy. Jestem trochę zawiedziony, bo łódki nie są niestety drewniane. To plastik. Magia atrakcji nieco uleciała.

Dzień wolno się budzi, ale upał narasta szybko. Nad wodą jest jednak jeszcze bardzo przyjemnie. Wolno suniemy wśród zarośli wąskimi korytarzami. Czasem przedzieramy się przez nieco gęstsze trawy, zastanawiając się dlaczego nie płyniemy środkiem. Ale widocznie jest w tym jakiś sens. Do łódki wpadają pająki i suche okruchy traw. Opalamy się i nagrywamy krótkie filmy. W sumie to taki nasz polski spływ kajakowy, tylko wiosłować nie trzeba. No i krajobraz jakiś inny. Nieco cieplej niż na Wkrze.

W mokoro
W mokoro

Spływ mokoro – rzeka Thamalakane

Thamalakane – rzeka i jej rozlewiska, którymi płyniemy są bardzo spokojne. Płyniemy pod prąd. Nie wiem ile czasu upływa. Jest sielankowo. Od czasu do czasu wstaję i robię zdjęcia z góry, choć łódka jest mocno chybotliwa. Z daleka dostrzegamy antylopy Red Liczi. A ponieważ marudziliśmy naszemu przewodnikowi, że nie ma tu żadnych zwierząt, postanowił nam za wszelką cenę udowodnić, że są. Podpływa tak blisko, jak tylko się daje. Trafiamy na dwa walczące samce. Zwierzaki kręcą się dookoła, od czasu do czasu sczepiając się rogami. Przepychają się, wzbijając tumany kurzu. W końcu nas zauważają i uciekają.

Przenosimy się w inne miejsce. Spływ mokoro odbywa się specjalnym kanałem stworzonym specjalnie dla mokoro, razem z innym łódkami, jedna za drugą płyniemy do miejsca, gdzie wylegują się hipopotamy. Są daleko, więc raczej nic nam nie grozi. W porównaniu z wczorajszą motorówką nasze mokoro to chucherko. Gdyby hipopotam chciał od razu by je wywrócił. Ja sam jestem w stanie wywrócić łódkę jednym niezbyt skoordynowanym ruchem. Na szczęście nic takiego się nie dzieje.

W planie wycieczki nadchodzi czas na spacer po buszu. Nie spodziewam się jednak niczego specjalnego. Podczas takich spacerów wielu zwierząt się nie spotyka. I tak jest rzeczywiście. Wychodzimy na brzeg. Spacer jest nudny. W buszu czuć panujący upał. Nieco doskwiera. Nie za bardzo mam ochotę na chodzenie. Ale na szczęście są zwierzęta. Antylopy gnu, zebry, kilka ptaków, guźce i stado pięknych żyraf.

W rozlewiskach Okawango
W rozlewiskach Okawango

Lunch nad rzeką

Nawet nie było tak tragicznie. Podpływamy kilkaset metrów dalej na wyspę, gdzie ucinamy sobie około godzinną siestę. To też czas na zjedzenie tzw. lunch packa. Nie było zbyt mądrym pomysłem zostawienie pojemnika z żarciem na słońcu. Grzana kanapka i ciepłe jajko na twardo są w porządku, ale gorący jogurt to przesada. Poczęstowany przez Karola pomarańczą przewodnik porywa ją, jakby od kilku dni nic nie jadł. Popija wodą prosto z rzeki. Nasze żołądki zbuntowałyby się w takiej sytuacji na pewno.

Powrót jest nie mniej przyjemny. Wolno suniemy wśród traw, zarośli i uroczych lilii wodnych. Jest więcej ptaków. Jest też mój ulubiony zimorodek malachitowy. Znów spokojnie czeka aż zrobię mu zdjęcie. Są też bociany – inne niż nasze. W zasadzie to żabiru afrykańskie. Tuż przed miejscem, z którego ruszaliśmy do rzeki wchodzą krowy. Całe stado. I przepływają ją w poprzek. Krowy świetnie pływają! Co za widok. A na ich grzbietach siedzą bąkojady czerwonodziobe.

Na brzegu

Samochód z kierowcą czeka na nas na brzegu. Przewodnik dostaje 50 puli napiwku. A my po godzinie jesteśmy w Maun. Okazuje się, że nikt nam nie kupił karty. Muzyki również nie ma. Na campingu nie było też jeszcze przewodnika, który miał przywieźć pozwolenia na pobyt w rezerwacie Moremi. Jest jeszcze na szczęście trochę czasu. Skoro wszystko idzie do tej pory zgodnie z planem to i on się pojawi prędzej, czy później.

Miejscową walutę organizujemy w barze. Kupujemy piwo i w ramach reszty dostajemy Pule. Na drobne wydatki wystarczy. Mamy jeszcze trochę Puli, które wymieniłem wczoraj wieczorem w Maun. To też jest ciekawa historia. Wchodzę do kantoru, chociaż był już zamknięty. Miła pani próbuje mi to wytłumaczyć, ale nie bardzo wiem, o co jej chodzi i z uporem tłumaczę, że chcę wymienić 200 euro. Pani tak się ubawiła moim nierozgarnięciem, że postanawia mi pomóc. Przy okazji myli się przy wycenie i zapomina doliczyć prowizję. W ramach podziękowania dostaje na pamiątkę monetę 2 zł. Fajne są takie spotkania.

Roślinność Okawango
Roślinność Okawango

Z piwem nad rzeką

Wygląda nam na to, że w Botswanie wszędzie płaci się kartą. Może poza bazarami. Siadamy z piwem nad brzegiem rzeki. Łapiemy ostatnie promienie zachodzącego powoli słońca. Nagle pojawia się Mr. Brown. Będzie naszym przewodnikiem po rezerwacie Moremi. Ma nasze pozwolenia. Wygląda na równego gościa. W pierwszej chwili przypomina mi Josepha z Tanzanii. Dogadujemy się od razu. Przy okazji próbujemy go wykorzystać do kupna karty i zorganizowania muzyki. Chyba nie będziemy mieli lepszej okazji. Dostaje od nas pamięć USB. Obiecuje nam załatwić wszystko na jutro. Umawiamy się na 9 rano przy lotnisku. Do rezerwatu ruszymy zaraz po locie helikopterem. A zatem wciąż wszystko idzie zgodnie z planem.

Kończymy piwo i bierzemy prawdopodobnie ostatni w najbliższym czasie prysznic. Następny za 3 noce. Na kolację smażymy na grillu botswańskie kiełbaski, które nazywają się rosyjskimi. Nie są zbyt dobre. W międzyczasie wyłączają prąd w całej okolicy. Dzięki temu nie możemy zamówić frytek. Kiełbasę zjadamy po prostu z chlebem i plastrami żółtego sera przegryzając trzciną cukrową. Niestety jest trochę niedojrzała. Ale smak ten sam. Pyszny. Muszę poszukać później nieco lepszej wersji.

Prądu nie ma cały czas. Mimo wszystko włączam do gniazdek elektrycznych ładowarki. Mam nadzieję, że w nocy prąd się pojawi i akumulatorki zdążą się naładować. Nie chciałbym, aby jutro podczas największej atrakcji wyjazdu zabrakło mi prądu.

Dobrze robię. Nocą prąd wraca. Wszystko ładuje się tak, jak chciałem. Nic już nie stoi na przeszkodzie, aby lecieć helikopterem.

Relacja i zdjęcia z podróży do Namibii i Botswany

Zdjęcia z podróży do Namibii

Zdjęcia z podróży do Botswany

Pozostałe odcinki relacji z podróży do Namibii i Botswany na blogu

Wskazówki i informacje praktyczne przed podróżą do Namibii i Botswany

Informacje praktyczne przed podróżą do Namibii

Informacje praktyczne przed podróżą do Botswany

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.