Etiopia - Debark - Tedż

Tedż, etiopski miód na koniec trekkingu

Tedż – etiopski miód na koniec trekkingu

To koniec naszej przygody z górami Semien w Etiopii. Najwyższa góra Etiopii zdobyta. Cel zrealizowany. Ale to, co przede wszystkim zostanie w pamięci, to przepiękne krajobrazy. Etiopskie góry są chyba najładniejszymi górami w Afryce, w jakich byłem. A trochę ich przecież już widziałem. Równać się z nimi mogą tylko Góry Księżycowe w Ugandzie. Które ładniejsze? Trudno wybrać. Mam marzenie na dziś: tedż – etiopski miód.

Etiopia - Góry Semien - Indżera
Etiopia – Góry Semien – Indżera

Kościół w Ambiko

Wstajemy bez pośpiechu i jeszcze przed śniadaniem idziemy do kościoła. Nie dlatego, że dziś niedziela. Bo chyba to nie jest niedziela. Zresztą sam nie wiem. Chcielibyśmy zobaczyć, jak wygląda msza i kościół w środku. Ludzie modlą się od 1 – 2 w nocy. O tej porze pierwsi wierni tutejszego ortodoksyjnego kościoła przychodzą się pomodlić. Modlitwa trwa do rana. W zasadzie każdy może przyjść o dowolnej porze. Nic nie rozumiemy ze śpiewów, które do nas docierają. Bardziej przypomina to nam mruczenie. Niesamowite brzmienie.

Przechodzimy przez kamienny płot. Wiemy, że sami do środka nie możemy wejść. Kręcimy się dookoła. Podążamy za śpiewem i znajdujemy się obok ukrytego w drzewach kamiennego cmentarza. Tuż obok znajduje się niewielki budynek. W środku są ludzie. Modlą się. Nie wiem dlaczego tu, a nie w kościele. Dopiero później dowiadujemy się, że to modlą się ci, którym z różnych powodów nie wolno wchodzić do kościoła. Na przykład ci, którzy poprzedniej nocy uprawiali sex.

Wracamy pod właściwy kościół. Obchodzimy go dookoła. Nie próbujemy wchodzić do środka. Ktoś wychodzi z budynku i nas przegania. Idziemy. Nie wiemy czemu nie możemy stać obok. Spytamy przewodnika. Wracamy po paru minutach. Amare próbuje się dowiedzieć, czy moglibyśmy wejść do środka. Nie możemy. Musimy zostać za kamiennym murem. Trwa podobno najważniejsza część modlitwy i nie możemy przeszkadzać. Szanujemy to. Szkoda, że nie mogliśmy być w środku. Obserwujemy jeszcze przez chwilę ludzi zgromadzonych przy każdym z trzech wejść, jednym dla mężczyzn, drugim dla kobiet i trzecim dla kapłanów.

Wracamy żeby się spakować i zjeść śniadanie. Dziś śniadanie przyrządza asystent kucharza, bo kucharz poszedł do Chenek załatwić transport do Debarku.

Etiopia - Góry Semien - Mama i córka
Etiopia – Góry Semien – Mama i córka

Indżera i piwo tella

Ruszamy i prawie od razu mamy przerwę. Wchodzimy do jednego z domów, gdzie 18-letnia dziewczyna pokazuje nam, jak się robi indżerę i wiejskie piwo tella. Smakuje tak samo słabo, jak to wczorajsze. Nie jest zbyt mocne. W ciasnym, mocno zadymionym pomieszczeniu znajduje się wszystko. Mieszka tu troje ludzi. Są zapasy jedzenia, palenisko, sypialnia i kura na honorowej półce. Mała dziewczynka bez skrępowania ssie cycka swojej mamy, która jednocześnie robi dla nas indżerę.

Płacimy 100 birrów za ten pokaz i ruszamy. Dziś idziemy tylko do Chiro Leba. To niedaleko. Przy schodzeniu (bo najpierw idziemy w dół) czuję zmęczone dwoma ostatnimi dniami nogi. Jest bardzo ciepło. Szybko dochodzimy do rzeki. Przed nami ostatnie podejście w górach Semien. Dłuży się niemiłosiernie. Wolno, krok po kroku pniemy się pod górę. Mijamy kaktusy, przeskakujemy przez rzeczki. Nas mijają mieszkańcy wiosek. Jesteśmy już obok pierwszych zabudowań. Mijamy nową szkołę. Pojawia się asfalt. Bez namysłu kupuję tandetne zielone plastikowe sandały i jakieś mydło. Niepowtarzalne pamiątki. Ale z takimi rzeczami między innymi będzie mi się kojarzył ten wyjazd. Pomijając oczywiście wszystkie piękne widoki, zwierzaki, góry itd.

Czekamy na autobus

Siadamy w knajpce. Zamawiamy po butelce coca coli i obserwujemy, jak zapełnia się autobus. Nie wiemy jeszcze, czy nasz transport jest zorganizowany. I czy samochód tu po nas przyjedzie. Bardzo bym nie chciał powtarzać drogi do Chenek. Nastawiłem się psychicznie, że już nie trzeba będzie więcej chodzić. Na wszelki wypadek staramy się jakkolwiek podjechać do Chenek. Skoro w autobusie nie ma miejsca, to może truckiem. Tylko ile to może kosztować farandżi (obcokrajowców). Nikt nie wie. Zresztą kierowcy przecież podobno boją się zabierać turystów. Ale tym razem wygląda na to, że nie będą się bali. Pada cena 600. Nie jest aż tak strasznie źle. Ale mówimy, że pojedziemy za 400. Wszyscy. To znaczy 5 osób i bagaże. Są dwa samochody, więc nagle kierowcy sami zaczynają się przebijać z cenami i schodzić z ceny żebyśmy tylko wybrali ich samochód. Pada cena 200 birrów.

Tedż - etiopski miód
Etiopia – Góry Semien – Transport

Żegnamy ludzi od mułów, dając im po 200 birrów napiwku i po pocztówce z polskimi krajobrazami. Pocztówki robią furorę. Przechodzą z rąk do rąk. To był świetny pomysł. Ładujemy się na naczepę ciężarówki i ruszamy do Chenek. Trzęsie. Stoimy na pustych plastikowych baniakach i trzymamy się metalowych barierek i lin. Wszystko przygotowane do przewożenia ludzi. Wyciągam kamerę. Wyczerpała się bateria. Kręcę więc film normalnym aparatem przyczepionym do patyka od Go Pro. Trochę ciężki. Dobrze, że zrobiłem to właśnie teraz, bo po chwili z naprzeciwka nadjeżdża nasz samochód i przejażdżka lokalnym transportem dla nas się kończy. Dalej do Debarku pojedziemy samochodem terenowym.

Coraz więcej wiosek i ludzi

Mijamy Chenek i Sankober. Mijamy wielkie stada dżelad i koziorożce. Zjeżdżamy coraz niżej. Coraz więcej wiosek, pól i ludzi. Docieramy do Debarku. Tu żegnamy się z kucharzem, asystentem i nieopuszczającym nas na krok skautem. Dostają napiwki i pocztówki. Asystent 300 birrów, kucharz 400 birrów, a skaut 500 birrów i dodatkowo małą latarkę. Najwięcej się napracował. Z Amare spotkamy się jeszcze wieczorem. Niezły hotel nam się znowu trafił. Nazywa się Sona. Czteroosobowy pokój za 35 USD do podziału. Czysto, WIFI, śniadanie i ciepła woda. Bierzemy więc pierwszą kąpiel od 7 dni. Golenie, czyszczenie. Robimy się na bóstwo, bo wieczorem z Amare ruszamy na clubbing. A clubbing kończy się w knajpie. Chcemy wypić tedż – etiopski miód.

Tedż – etiopski miód

Miejsc wprawdzie w knajpie nie ma, ale ktoś zaprasza nas do swojego mieszkania. Dzięki temu mamy okazję zobaczyć, jak wygląda mieszkanie przeciętnej rodziny z Debarku. Dostajemy też butelkę napoju i rozlewamy do specjalnych kieliszków, przypominających laboratoryjne menzurki. Wznosimy toast za trekking. Robimy wspólne zdjęcie pod świąteczną choinką. Amare dostaje ode mnie t-shirt z logo mojego projektu. Będzie mógł naszyć sobie flagi Etiopii i Polski, które już wcześniej mu dałem. Dostaje oczywiście cały komplet pocztówek z Polski razem z dedykacją. Widać, że się ucieszył. Bardzo fajnie.

Stawia nam drugą butelkę tedżu. Alkohol zaczyna działać. Amare, jak zahipnotyzowany gapi się w telewizor. Rozmowa przestaje się kleić. Najpierw w telewizji puszczają serial, a później jakiś etiopski teleturniej. Ktoś przynosi płyty z etiopską muzyką. Kupuję kilka w ciemno. Kończymy drugą flaszkę. Knajpa jest już zamknięta. My też będziemy się już zbierać. Ciemnymi uliczkami Debarku wracamy do hotelu. Żegnamy się z Amare, dając mu jeszcze 1000 birrów napiwku.

Tedż - etiopski miód
Tedż – etiopski miód

Siadamy na parę chwil w barze hotelowym. Ale tylko ja jestem głodny. Zamawiam indżerę z indżerą i sok z mango. Dosiadamy się do kilku osób z polskiej wycieczki z biura Rainbow Tours. Chwile później rozmawiamy z polskim pilotem i Etiopczykiem, który świetnie mówi po polsku. Łączę się z internetem i ogłaszam światu, że góra zdobyta. Rozmawiamy do chwili, gdy obsługa hotelowa gasi światło. To czas żeby iść do pokoju. Włączam ładowanie całej mojej elektroniki i jeszcze chwilę siedzę w internecie. Nagle zasypiam i nie czuję więcej, że moje łóżko lekko się chwieje.

Zdjęcia z trekkingu i z podróży do Etiopii

Poszczególne odcinki relacji z Etiopii znajdziecie tu: Relacja z Etiopii na blogu.

Zdjęcia z trekkingu i z podróży do Etiopii znajdziecie w galerii: Etiopia 2016.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.