Z Okawango do Chobe
Z Okawango do Chobe to dziewiętnasty dzień w Afryce. Za mną jest już ponad 4600 kilometrów podróży, ponieważ było RPA, była Namibia i wciąż jest Botswana. A co będzie dalej? Na razie przede mną cały dzień jazdy. Ponad 600 kilometrów z Maun do Kasane, czyli z rozlewisk Okawango do Parku Narodowego Chobe. Ruszam o 9.00, dlatego czeka mnie około 10 godzin w samochodzie. Na miejscu będę dopiero po zmroku. To po prostu dzień przejazdowy – niekończący się asfalt i nudny, suchy busz dookoła.
Droga przez Botswanę i kontrole sanitarne
Na początku przydrożny krajobraz zupełnie nie zachwyca, więc drzemka goni drzemkę. Jednak po drodze pojawiają się niespodzianki, ponieważ przebudza nas kontrola sanitarna. To botswańska ciekawostka – przydrożne kontrole sanitarne występują tu regularnie. Na niektórych procedura jest pełna. Wysiadamy z samochodu, składamy deklarację, że nie przewozimy zwierząt ani mięsa. Następnie ktoś zerka do lodówek, a czasem nawet do plecaków. Nie jest to jednak żadne dokładne przeszukanie. O nie.
Każdy musi stanąć butami w pojemniku z jakąś substancją odkażającą. Teoretycznie należałoby włożyć tam wszystkie posiadane buty, ale nie jesteśmy nadgorliwi. W zasadzie nikt nie wie, co to dokładnie jest. Samochód również musi przejechać przez zagłębienie z cieczą, która pewnie odkaża koła. I wtedy można jechać dalej. Po kilkudziesięciu kilometrach może być kolejna kontrola, choć im później, tym jest ona mniej uważna. Niektóre są tymczasowo nieczynne, bo kontrolerzy ucinają sobie drzemkę albo po prostu machają, żeby jechać dalej.

Parki narodowe i zwierzęta przy drodze
No i ludzie mają pracę, a my – rozrywkę. Przejeżdżamy bowiem przez parki narodowe Nxai Pans oraz Makgadikgadi Pans. Do tego drugiego chciałbym kiedyś wrócić, ponieważ słynie z ogromnych, samotnie stojących baobabów oraz wielkiego słonego jeziora Makgadikgadi. To idealne miejsce do nocnej fotografii.
W miejscu, przez które jedziemy, przy samej drodze mijamy zwierzęta, bo tuż obok znajdują się oczka wodne. Są słonie, zebry, żyrafy oraz strusie, i to bardzo blisko. Prawie jak na safari. Busz nagle robi się ładniejszy. Pojawia się wioska pełna palm, a pomiędzy nimi stoją szare domki z cegieł błotnych, kryte trawą i otoczone drewnianymi płotami.
Szuter, dziury i nazwy miejscowości
Nagle kończy się asfalt i zaczyna się szuter. Chociaż właściwie nie do końca – asfalt wraca fragmentami. Gdy już się pojawia, to ma tak wielkie dziury, że lepiej jechać poboczem po szutrze. A ja już myślałem, że drogi eksperymentalne są za nami.
Z nudów przeglądam mapę i wyszukuję fajnie brzmiące nazwy wiosek: Molepolole, Phuduhudu, Mopipi, Lehututu, Pandamatenga, Sowa, Nata. Ta ostatnia to miejscowość na skrzyżowaniu dróg do Gaborone, Francistown, Maun i Kasane, czyli najważniejszych miast Botswany. Są tu dwie stacje benzynowe, zdewastowana lodge i kilka straganów. Robimy przystanek na przekąski. Kawy nie da się kupić, a szkoda. Za to można kupić dużo papieru toaletowego i coca-coli – artykułów pierwszej potrzeby. Alkohol stoi w szafie za kratą. Jest zupa chakalaka, a na Shellu świeże, słodkawe bułeczki kukurydziane. Pyszne.
W stronę rzeki Chobe
Przed nami jeszcze 310 kilometrów wzdłuż granicy z Zimbabwe, cały czas na północ. Po drodze mijamy botswańskich żołnierzy ćwiczących na drodze w kilkudziesięcioosobowych grupach, w odblaskowych kamizelkach i z karabinami w rękach. Są chłopaki i dziewczyny. Pojawiają się też wielkie plantacje kukurydzy, co jest nowością na tej trasie. Ewidentnie zbliżamy się do celu, czyli do rzeki Chobe. Busz robi się gęstszy, drzew jest więcej i są coraz wyższe. Pojawiają się baobaby oraz piękne, pożółkłe trawy.

Kemping nad rzeką i afrykańska cisza
Najbliższe dwie noce spędzę na jednym z najładniejszych kempingów, na jakich byłem – Chobe Safari Campsite & Lodge. Jest on pięknie położony nad samą rzeką Chobe. Ma ładny ogród, mnóstwo zieleni i antylopy, czyli buszboki subsaharyjskie, chodzące obok namiotu. Jest basen, jest kolorowo i, można by powiedzieć, luksusowo. A przede wszystkim panuje tu absolutnie zajebista cisza.
Wszyscy już śpią, ale ja nie mam ochoty na sen, bo szkoda mi czasu. Chcę chłonąć te ulotne chwile i dźwięki buszu. Słyszę hipopotamy, które są dość blisko. Z daleka dochodzą porykiwania lwów, są też hieny. Wiem, że za chwilę będę tęsknił za tą afrykańską ciszą i naturalną muzyką buszu. To jest coś nieprawdopodobnego. Nie da się tego opisać – to trzeba przeżyć. Naprawdę lubię Afrykę, jej przyrodę, klimat i tę absolutną niepowtarzalność.
Zdjęcia i relacja z podróży do Afryki Południowej
Moje najlepsze zdjęcia z Afryki Południowej znajdziesz w kilku galeriach: w galerii zdjęć z podróży do Namibii i w galerii zdjęć z podróży do Botswany. Trochę zdjęć zobaczysz też w galeriach z RPA, Zimbabwe i Zambii. A wszystkie odcinki relacji z podróży do Afryki Południowej możesz też znaleźć na blogu z podróży do Afryki Południowej.
