W drodze na Pico de São Tomé

Pico de São Tomé

Pico de São Tomé

No i zaczął się wtorek, 15 września 2014. Dziś ruszamy na najwyższy szczyt Wysp Świętego Tomasza i Książęcej. Pico de São Tomé. Mierzy 2024 m n.p.m. Pakujemy tylko niezbędne rzeczy. Spodziewamy się deszczu i błota. Dlatego wszystko szczelnie pakujemy w wodoszczelne worki. Zakładamy kalosze. Do plecaków wkładamy poncha. Spotkani po drodze Anglicy gwarantują nam jedno – deszczu na pewno nie zabraknie. Nie zrażeni obietnicami pakujemy się razem z przewodnikiem i tragarzem do samochodu.

Po drodze odwiedzamy Roça Monte Café, niewielką mieścinę, gdzie znajdujemy muzeum kawy. Wysłuchujemy po portugalsku historii tego miejsca i opowieści o tym, jak się produkuje kawę. Na koniec dostajemy filiżankę kawy.

Muzeum kawy w Roça Monte Café
Muzeum kawy w Roça Monte Café

Krótką chwilę spędzamy też przy przyjemnym wodospadzie Św. Mikołaja, po czym nie pozostaje nam już nic innego jak podróż do Bom Successo. To stąd ruszymy na górę.

Pogoda nam sprzyja. Od rana jest słonecznie. Nad górami ani jednej chmurki. Oby tak dalej. Wydawało mi się, że zabrałem tylko najpilniejsze rzeczy. Ale plecak lekki nie jest. Dociążam go jeszcze trzema litrami wody i śpiworem. Jest cięższy niż na co dzień. Jakoś dam radę.

Nie mamy swojej mapy. Jedyną mapę posiada przewodnik. Nie jest zbyt dokładna. Wędrujemy przez uprawne pola. Spotykamy ludzi pielęgnujących swoje poletka. Przewodnik pokazuje nam różne rzeczy. Z każdym metrem ścieżka robi się coraz węższa. W końcu wchodzimy w las. Ciemny liściasty las. Czuć niedawny opad deszczu. Jest trochę ślisko.

Park Narodowy Obô

Wchodzimy na teren Parku Narodowego Obô. To jedyny park narodowy na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej. Co ciekawe składa się z dwóch części. Jedna swoim obszarem obejmuje kawałek wyspy Świętego Tomasza, a druga kawałek wyspy Książęcej. Zajmuje powierzchnię około 300 km2, z czego 65 km2 przypada na wyspę Książęcą, co znowu stanowi aż 50% jej powierzchni. Oprócz naszego głównego celu – czyli najwyższego szczytu Wysp Św. Tomasza i Książęcej, główną atrakcją parku są ptaki. Na dwóch małych wyspach występują aż 143 gatunki, spośród których około 20 występuje tylko tu. To prawie tyle, ile endemicznych gatunków możemy znaleźć na dużo większych Wyspach Galapagos, czy na Seszelach. Ciekawe czy jakiekolwiek uda nam się zobaczyć.

Park Narodowy Obô na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej
Park Narodowy Obô na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej

Robi się mroczno. Kwitną orchidee, beguncje i inne nieznane mi gatunki kwiatów. Ożywiają nieco widoki. Delikatnie pniemy się pod górę. Ścieżka jest wąska. Omijamy powalone pnie drzew. Podoba mi się. Tak wyobrażałem sobie wędrówkę na tą górę. Ale to wciąż początek. Z każdym krokiem robi się bardziej mokro.

Ponownie w lesie

Wychodzimy na odsłoniętą polanę zarośniętą prawie dwumetrową trawą. Słońce ledwo przenika przez gromadzące się nad nami chmury. Po chwili ponownie zanurzamy się w deszczowy, wilgotny, ciemny las. Idziemy zboczem góry. Dopiero teraz zrobiło się ślisko. Zaczął padać deszcz. Zwalniamy tempo. Mokre od wiecznej wilgoci wystające korzenie tylko czekają, aby je nadepnąć. Efekt może być opłakany. Zbocze jest mocno eksponowane. Trzeba bardzo uważać, aby nie ześlizgnąć się.

W drodze na Pico de São Tomé
W drodze na Pico de São Tomé

Czekają na nas schody. Schody z korzeni. Oczywiście mokre. Oblepione błotem i śliskie. Aby je pokonać pomagamy sobie rękami. Podciągamy się, przytrzymując się korzeni, gałęzi i drzew. Trzeba uważać za co się chwyta. Ale z kolejnymi metrami przestajemy na to zwracać uwagę. Łapiemy się czegokolwiek, aby nie polecieć w dół. Być może ratujemy się dzięki temu, aby nie spaść w głęboką przepaść. A o to nie jest trudno.

Pierwsza góra zdobyta

Podeszliśmy. To pierwsza góra na naszej drodze. Pico de Calvario – 1595 m n.p.m. To był wyczerpujący fragment. Ciekawe co nas czeka dalej. Przewodnik obiecuje jeszcze trzy takie góry. Aż nie chce się wierzyć. Obiecuje jeszcze pięć godzin marszu. A to oznacza, że w obozie pod szczytem zjawimy się po ciemku. Nie chce mi się w to wierzyć.

Park Narodowy Obô
Park Narodowy Obô

Asucarinho

Częstujemy się pysznymi ciastkami z miodem i kokosem, zwanymi ‘asucarinho’ (pisane ze słuchu) i ruszamy. Kolejne metry powoli mnie przerastają. Jest coraz trudniej. Boję się. Tego już się nie spodziewałem. To jeden z najtrudniejszych odcinków, które pokonywałem do tej pory w górach. Zejście około 200 metrów w dół idzie dramatycznie wolno. Jest bardzo niebezpiecznie. Korzenie i błoto. Nachylenie z 75%. Do tego coraz mocniej padający deszcz. Z drżeniem kolan pokonuję kolejne stopnie i korzenie, uważając, aby nie polecieć w dół. Polecieć można we wszystkie strony.

Idziemy wąską na kilkadziesiąt centymetrów granią. Boję się bardzo. Nogi trzęsą się ze strachu. Serce wali jak oszalałe. Krok za krokiem. Wolno. Uważamy. Stopień po stopniu schodzimy. Tylko po to, aby podobne trudności zaliczyć w drodze do góry. Jest nieco łatwiej. Poncho nie plącze się aż tak między nogami. Nie idziemy długo, a zmęczone nogi i kolana sprawiają wrażenie, jakbyśmy spędzili w górach kilkanaście godzin. Wspinaczka męczy, ale idzie się już szybciej. Deszcz leje coraz mocniej. Nie za bardzo jest okazja żeby robić zdjęcia. Choć podwodny aparat, niesiony specjalnie na takie okazje trzymam w kieszeni. Tylko on wytrzyma taką wilgoć i deszcz.

Kolejna góra

Wdrapujemy się na kolejny szczyt. A więc zostały jeszcze dwa. Krótki odpoczynek. Łyk wody. Jest nieco łatwiej. Chwilę po płaskim, pomiędzy trawami. Ale po kilkuset metrach znów zaczyna się podejście. Mozolnie, eksponowaną granią po śliskich korzeniach wdrapujemy się wyżej. Trwa walka z czasem. Zdążymy przed zachodem słońca, czy nie? Nie chciałbym tędy chodzić po ciemku. To zbyt niebezpieczne w takich warunkach. Nagle przestaje padać. Tylko mży. Taka zmiana i od razu raźniej. Mżawka też zanika. Pomiędzy obwieszonymi pnączami, lianami i gęstymi drzewami prześwituje jakaś góra. Pierwsza jaką dziś widzimy. Do tej pory widzieliśmy tylko drzewa, korzenie, mgłę i błoto. Dotarliśmy na wysokość 1800 m n.p.m. Już niedługo powinniśmy dojść do miejsca, gdzie mamy nocować. Minęła godzina siedemnasta. To czas, gdy na Wyspach robi się gwałtownie ciemno. Zdążyliśmy. Jesteśmy na miejscu. 1952 m n.p.m.

Kolacja w drodze na Pico de São Tomé
Kolacja w drodze na Pico de São Tomé

Tu rozstawiamy namiot i rozpalamy ognisko. Utrzymuje się bezdeszczowa chwila. Niech trwa. Ponad nami widać niebo. A na nim tysiące gwiazd i Mleczną Drogę. Dookoła tajemnicze odgłosy lasu. Siedzimy przy ognisku, czekając aż przewodnik z tragarzem wrócą z wodą. Pomimo panujących ciemności poszli w dół, aby przynieść wodę potrzebną do przygotowania posiłku. Nie ma ich dosyć długo. Niepokoimy się. Dookoła krąży szczur. Spory. Ucieka tylko wtedy, gdy świecimy na niego czołówkami. Podchodzi coraz bliżej.

Miejsce na namiot

Nagle słyszymy głosy. To przewodnik. Wrócił. Rozpoczyna przygotowywanie kolacji. A my suszymy przemoczone ciuchy. Dobrze, że mamy zapasowe. Dostajemy przepyszną herbatę z liści nazbieranych gdzieś po drodze. Niesamowicie aromatyczna i dobrze osłodzona smakuje wyśmienicie.

Jesteśmy zmęczeni. Przed nami jeszcze jeden dzień trudnej wędrówki. Dzisiejszych osiem godzin i ponad 1500 metrów podejścia dało nam solidnie w kość. Wchodzę do namiotu, zamykam się w śpiworze i czekam na sen. W nogach trzymam mokre skarpety i koszulkę. Może trochę przeschną do rana. Na ścianach namiotu słyszymy spadające rytmicznie krople. To znowu deszcz. Niestety. Cieszę się, że tu jestem. Choć łatwo nie było.

Zdjęcia i relacja z podróży do Gabonu

Zdjęcia z podróży do Gabonu

Pozostałe odcinki relacji z podróży do Gabonu na blogu

Informacje praktyczne i wskazówki przed podróżą do Gabonu

Gabon – informacje praktyczne

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.