W drodze na Sapitwa Peak

Sapitwa Peak – wejście na najwyższą górę Malawi

Sapitwa Peak – wejście na najwyższą górę Malawi

Pogoda nie zawiodła. Deszczowe chmury widać tylko nad doliną. Powoli wstaje słońce. Nie ma wiatru. Zapowiada się ładny dzień. Na to czekaliśmy. A zatem – w góry! Zdobądźmy Sapitwa Peak!

Nazwa najwyższego szczytu Malawi, Sapitwa Peak, w języku chichewa oznacza „Nie idź tam”. Opowieść związane z pochodzeniem nazwy słyszałem kilkukrotnie. I pomimo, że opowieści o zaginionych w drodze na Sapitwa w gęstej mgle turystach działają na wyobraźnię, idę.

Od wyjścia z chatki nagrywam trasę na GPS. Wysokość zyskujemy bardzo szybko. Zaczęliśmy na wysokości 2 230 m n.p.m. Już po paru chwilach jesteśmy na wysokości 2 300, 2 400 m n.p.m.. Jak tak dalej pójdzie – na szczycie będziemy za parę chwil.

Jednak po początkowym łagodnym podejściu, wręcz spacerku pod górkę, po kamieniach i ścieżce przeciwpożarowej zaczęły się schody. Szlak prowadzi po stromej skale, pod którą podchodzi się prawie na czworaka. Buty się ślizgają. To po części wynik mokrego podłoża po wczorajszym deszczu. Podobne skały trzeba pokonywać kilka razy. Jeszcze tego nie wiem, ale w drodze powrotnej dadzą mi mocno w kość. Po stromych skałach docieramy w końcu do łagodniejszego terenu. Tu już nie ma drzew. Tylko trawa, głazy i skały. Wysokość nieco ponad 2700 m n.p.m. Robimy krótką przerwę na uspokojenie oddechu. Przewodnik i chłopak z plecaczkiem ozdobionym kłapouchym z bajki o Kubusiu Puchatku sugerują jednak, że trzeba się sprężać. Nadciągające znad doliny chmury zaczynają ogarniać coraz wyższe partie gór. To nie wróży nic dobrego.

Wejście na najwyższą górę Malawi

Pokonaliśmy najtrudniejszy odcinek. Ostatnie 200 metrów podejścia teoretycznie nie powinno stanowić problemu. Ale tu też prosto nie jest. Skaczemy między skałami. Przeciskamy się pomiędzy gigantycznymi głazami i uschniętymi gałęziami i korzeniami. Niezła gimnastyka. Jest ślisko i trzeba uważać żeby nie skoczyć wprost w przepaść. Przechodzimy pod głazami. Czasem muszę zdjąć plecak, bo po prostu się nie mieszczę. Podoba mi się ten odcinek. Ale przed nami jeszcze jedna stroma skała. Trzeba się na nią wdrapać i przeczołgać do góry. To właśnie w tym miejscu czasem przydaje się ta lina, którą mamy ze sobą. Radzimy sobie bez niej. Zostaje kilka labiryntów wśród skał, przejście pod jedną z nich i podciągnięcie się na rękach, aby znaleźć się na ostatniej prostej.

Jestem na najwyższym szczycie Malawi! To siódmy afrykański kraj, w którym staję na najwyższym szczycie. Już nieco wątpiłem. Robiłem plan na wypadek, gdyby deszcz ciągle padał. Już zaczęliśmy oszczędzać jedzenie. Ale nie pada. Przynajmniej na razie. Okoliczne szczyty toną już w chmurach. Nasza góra, jak wyspa na bezkresnym morzu pozostaje wciąż ponad nimi. Zapowiada się jednak powrót we mgle. Godzinę zajmuje mi odpowiednia dokumentacja filmowa i zdjęciowa.

Sapitwa Peak – wejście na najwyższą górę Malawi
Sapitwa Peak – wejście na najwyższą górę Malawi

Zejście ze szczytu Sapitwa Peak

W końcu jestem gotowy do zejścia z Sapitwa Peak. Droga jest ta sama. Tylko prowadzi w dół. Wydaje się prostsza, ale kilka razy musimy zjeżdżać na tyłkach. Jest stromo. Przewodnik filmuje kamerą męczarnie na skałach. Będzie fajne wspomnienie. Pokonujemy labirynty i tunele. Skaczemy po głazach. Wszystko w drugą stronę. W pewnym momencie wszystko tonie we mgle. Prawie nic nie widać. Mam nadzieję, że odnajdziemy drogę. Są dość częste czerwone strzałki. Bez przewodnika bez wątpienia zgubiłbym drogę.

Zrobiło się mokro, a skały stały są śliskie. Schodzimy ostrożnie, a czasem zjeżdżamy. Gdy po raz kolejny łapię się skał aż syczę z bólu. Ręce mam podrapane od podtrzymywania. Bolą też nogi. Niestety buty, które dostałem na wyjazd nie sprawdziły się. Palce mam pozdzierane od hamowania. Z przyjemnością zostawię te buty w Malawi. Może przydadzą się Franciwellowi. Tu podobno nie można takich butów dostać.

Zjeżdżamy dalej we mgle kalecząc ręce i obijając pupy. Nogi drżą ze zmęczenia. Nie jestem pewien swoich kroków. To przez to hamowanie na skałach i pozdzierane palce. Na szczęście jest już bardziej płasko. Są też drzewa. Wracamy na ścieżkę przeciwpożarową. Widzimy ślady serwala odciśnięte na piachu. Musiał tędy iść niedawno. Być może nocą. Pewnie wtedy, gdy stałem przed domkiem i robiłem nocne zdjęcia. Dobrze, że to nie jest aż tak niebezpieczne zwierzę jak lew, czy lampart. Mimo wszystko nocne spotkanie z serwalem byłoby emocjonujące.

Powrót do Chisepo Hut

Docieramy zmęczeni do chatki. Padam z nóg. Dookoła wszystko już tonie w gęstej mgle. Odpoczywamy chwilę. Uzupełniamy płyny. Pakujemy się. Zostawiamy tak zwanemu „watchmanowi” odpowiedzialnemu za porządek w chatce napiwek. To jest coś, co nie jest do końca jasne. Z jednej strony przy wejściu do parku jasno jest napisane, że napiwek nie jest obowiązkowy, ale z drugiej strony każda napotkana osoba mówi, że to jest obowiązkowe. Zostawiam jeszcze naklejkę projektową w pamiątkowej księdze i zanurzamy się w gęstą mgłę.

Nogi trochę odpoczęły, ale dalej są słabe. Kucharz wciąż się dziwi, że tak mało jem. Pyta, czy nie smakuje mi jego jedzenie. Wręcz przeciwnie. Smakuje. Po prostu nie potrzebuję aż tyle jedzenia. To, co zjadam wystarcza. Mówi, że pierwszy raz się z czymś takim spotyka. Do tej pory wszyscy grzecznie jedli raz na godzinę: śniadanie, lunch, kolację, przekąski, day packi itd. A ja nie. Dziwny ten człowiek z Polski.

Sapitwa Peak – część dalsza zejścia ze gór

Schodzimy aż do strumyka na płaskowyżu Chambe. Tym razem jednak przez mgłę nic nie widać. Postanawiamy więc iść krótszą trasą. Jeszcze nie wiem co to oznacza. Nogi bolą. Zostały dwie godziny marszu. Krótszy dystans oznacza bardziej stromą trasę. Przekonuję się o tym dobitnie. Powiedziałbym nawet, że jest bardzo stroma. Biegnie wzdłuż kolejki linowej zwożącej dawniej drewno z gór. Teraz drewno noszą ludzie. Na głowach, biegiem, na bosaka w dół. Tylko śmigają obok nas z ponad dwudziestokilogramowym ładunkiem drągów na głowach. A ja ledwo utrzymuję równowagę bez obciążenia. Podziwiam ich za siłę. Nie podziwiam jednak za to, że Malawijczycy wciąż wyrąbują lasy.

W górach Mlandżi w Malawi
W górach Mlandżi w Malawi

Moje drogi wciąż drżą. Odmawiają posłuszeństwa. Są jak z waty. Wyczekują już końca. Na niebie pojawiają się przebłyski słońca. Robi się kolorowo. Od razu przyjemniej. W międzyczasie proszę mojego przewodnika, aby po zejściu załatwił mi trzcinę cukrową. To były skandal, gdybym jej tu nie zjadł. To tu przecież jest zagłębie produkcji trzciny w Malawi. Może nie w samej Likhubuli, ale w okolicy. Mamy się też przejść po wiosce. A jutro ma być moim przewodnikiem po okolicy. Pomoże mi znaleźć miejscowe specjały. No wiecie. Plantacje herbaty, koniki polne, krowia skóra….. Ale to jutro. Trzeba jeszcze zejść na dół.

O rozliczeniach w górach Mulanje

Moses, dla którego pracuje George zatrudnia czterech przewodników w systemie rotacyjnym. Czyli jeden pracuje, potem drugi itd. Nie może się tak zdarzyć, że George prowadzi jedną grupę po drugiej. Musi odczekać na swoją kolej. Czasem kilka tygodni. W sumie to bardzo sprawiedliwy układ. I co ważne. Moses płaci im i tragarzom podobno dwa razy tyle, ile wynosi oficjalne wynagrodzenie. Czyli bardzo dobrze.

Jeśli ktoś chciałby sam wszystko zorganizować to koszty (według stanu na 2013 rok) wynoszą: przewodnik 3500 Kwacha za dzień, tragarz 3000 Kwacha za dzień, nocleg w chatce 1000 Kwacha, wstęp do parku 100 Kwacha. To dużo taniej w porównaniu z innymi krajami i trekkingami we wschodniej Afryce. A jest tu gdzie połazić i gdzie się zmęczyć. Nawet można się wspinać na Chambe Peak. A w chatkach zawsze czeka wniesiona przez watchmanów cola za 400 Kwacha. Jest wprawdzie droższa ponad dwa razy niż w sklepie. A to i tak zaledwie 3 zł. Cola to naprawdę napój całej Afryki.

Tymczasem ku radości moich nóg, mięśni, palców i wszystkiego jesteśmy już na dole. To było ponad 11 godzin intensywnej wędrówki. Jestem wykończony. Wynajmuję pokój i reguluję wszystkie płatności. Nie jestem w stanie poskładać myśli. Zostawiam bagaże w pokoju i dziękuję moim tragarzom i kucharzowi dając im po 1000 Kwacha napiwku i wyprawowej pocztówce. Z Georgem idziemy po trzcinę. Skrótem przez wioskę docieramy nad malownicze baseny na rzece Likhubula. Ależ piękny widok na całe pasmo Mulanje Mountains. I jeszcze księżyc w pełni w tle. Super to miejsce.

W malawijskiej gościnie

Po zmroku dochodzimy do domu Georga. Zbiegają się dzieci zaciekawione kto odwiedza Georga. Dorośli też są ciekawi. Dla mnie to też przeżycie. Robi się zbiegowisko. Jedyną barierą jest język. Ludzie chcieliby zamienić ze mną choć parę słów, ale nie potrafią. Przeważnie nasza rozmowa kończy się na przywitaniu i pozdrowieniu.

George wysyła kogoś po trzcinę. A ja zostaję w centrum uwagi. Daję dzieciom balony, sprawiając im prawdziwą radość. Grzecznie dziękują. Jest bardzo miła atmosfera. Nie zastanawiam się nad tym, że wszędzie ostrzega się przed nocnymi wędrówkami przez takie wiejskie nieuczęszczane miejsca. Wychodzę z założenia, że z kimś stąd nic mi nie grozi.

Zaopatrzeni w trzcinę ruszamy przez miejscowe pola. Drogę oświetla nam księżyc. Pytamy, czy nikt dziś nie przyrządzał koników polnych. Niestety. Przyjdzie mi jeszcze poczekać na ten przysmak. W centrum wioski kupujemy impulsy do mojej malawijskiej karty, zapas coli na najbliższą noc i opuszczamy tonącą w ciemnościach Likhubulę. Ostatkiem sił wdrapuję się szutrową drogą do mojego miejsca. Strasznie mi się podobała ta nocna wędrówka przez wieś. Wszyscy przyjaźnie nastawieni. Nawet Ci, którzy wypili nieco alkoholu. Sam na pewno bym się na to nie odważył.

Nareszcie doczekałem upragnionego odpoczynku. I coli, i polskiej wiśniówki, i ukochanej trzciny cukrowej. Tym świętuję dzisiejszy sukces. Gryzę słodki patyk i wypluwam trociny po wyssaniu pysznego soku. Popijam colą i wiśniówką. Cieszę się bardzo. To koniec na dziś. Jutro początek kulinarnej podróży przez Malawi.

Informacje praktyczne przed podróżą do Malawi

Przed podróżą do Malawi warto zerknąć na kilka wskazówek ułatwiających planowanie podróży do Afryki. Sprawdź, jak zaplanować podróż do Afryki, gdzie znaleźć tanie bilety oraz co spakować. Możesz również sprawdzić, informacje praktyczne dotyczące podróży do Malawi (stan na 2013 rok). A jeśli szukasz kontaktu do sprawdzonego biura, które zajmuje się organizacją safari albo trekkingu w Malawi, napisz po prostu do mnie – postaram się pomóc.

Zdjęcia i wspomnienia z podróży

W galerii znajdziesz zdjęcia z podróży do Malawi i Wszystkie odcinki relacji z podróży do Malawi można przeczytać na blogu z podróży do Malawi.

Pamiątki z Malawi – sklep afrykański z rzeźbami i maskami

Jeśli ciekawią Cię różne oryginalne przedmioty z drewna z Malawi – zajrzyj do mojego sklepu afrykańskiego. Znajdziesz w nim dużo interesujących masek, rzeźb i figurek wykonanych przez artystów z Malawi. Gorąco polecam!

Sklep Szczyty Afryki informacja pozioma

Album fotograficzny ze zdjęciami

Polecam też album fotograficzny „W drodze na najwyższe szczyty Afryki” (jestem jego autorem!) ze zdjęciami z Malawi. Oprócz zdjęć znajdziesz w nim również opowieści z podróży po Afryce oraz wspomnienia i ciekawostki z górskich wędrówek po Afryce. Oczywiście są w nim obszerne fragmenty poświęcone górom Zambii i Malawi. Polecam!

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.