W drodze do Burundi

W drodze do Burundi

W drodze do Burundi

W drodze do Burundi zastanawiamy się, jak tam jest? Na razie – to kraj zagadka. Nieznany, nieodwiedzany, niepolecany. Czy znowu się pozytywnie zaskoczymy? Raczej nie. Wydaje się, że Burundi może się okazać bardzo szokującym krajem po wizycie w uporządkowanej Rwandzie. Nie mamy tam też nikogo, kto pomógłby nam się oswoić w pierwszych dniach pobytu w nowym kraju.

Punktualnie o 8.30 przyjeżdża załadowany autobus linii Volcano Express do Bużumbury. Mamy cztery bilety. Jest tak ciasno, że nasze dwa plecaki trzeba podawać przez okno żeby w ogóle się zmieściły. Przy okazji blokujemy nimi drzwi. Od tej pory, jak ktoś będzie chciał wsiąść albo wysiąść to tylko przez okno, drzwi kierowcy albo nastąpi dłuższa przerwa związana z przeładowaniem bagażu.

W drodze do Burundi – o drzewach

Do granicy nie mamy daleko. Jedziemy serpentynami przez nieco mniej zamieszkałe tereny. Jest mniej wiosek. Za to drzew więcej. Są starsze niż gdzie indziej. To drzewa, które rosły jeszcze przed „okresem ludobójstwa”. Grzegorz opowiadał nam, że dopiero niedawno w Rwandzie zezwolono na wypalanie cegieł. Ma to ścisły związek z drzewami dlatego, że do ich wypalania potrzebne jest drewno. A drewna nie było, bo w „czasach ludobójstwa” ludność Hutu wycinała drzewa, aby łatwiej można było znaleźć ukrywających się w lasach Tutsi.

Te drzewa, które przetrwały zostały wycięte przez powracających na teren Rwandy Tutsi. Oni z kolei potrzebowali drewna na opał. I przez to wspaniałe lasy deszczowe Rwandy zostały wycięte, szczególnie na północy kraju. To, co rośnie teraz to odrosty i nowe drzewa, nie starsze niż 19-letnie. Tyle czasu zajęło przyrodzie częściowe odbudowanie po mrocznych latach XX wieku. Drzewa odrosły. Ale nie odbudowano lasów, wielkich, starych deszczowych lasów. Takich lasów już w Rwandzie nie ma. Dopiero przy granicy z Burundi las jest gęstszy, a drzewa starsze. Choć to nie to samo, co dawniej.

Klimatyczne przejście graniczne w drodze do Burundi

Na przejściu granicznym pomiędzy Rwandą i Burundi jest bardzo ciekawie.. Jest Pan z kurą i kogutem. Chciałby je opchnąć komuś z autokaru linii Gaagaa jadącego w kierunku Rwandy. Teoretycznie zainteresowany Klient z okna autobusu, po krótkich oględzinach ostatecznie rezygnuje z zakupu. Pewnie ku zadowoleniu pozostałych pasażerów. Dzięki temu autokar odjeżdża bez kur na pokładzie. Ktoś pakuje do bagażnika setki butelek piwa Amstel. Ktoś inny drzemie na kartonowym posłaniu. Totalne zamieszanie.

Piwo na granicy Rwandy i Burundi
Piwo na granicy Rwandy i Burundi

Grzecznie czekamy w kolejce do okienka. Po otrzymaniu wyjazdowej pieczątki idziemy do Burundi. Idziemy, bo pasażerowie nie mogą przekraczać granicy autobusem. Szybkie spojrzenie na zawartość plecaka i dostajemy pozwolenie na pobyt w Burundi.

Burundi to jedno z najbiedniejszych państw świata. Od razu pojawiają się żebrzący ludzie. Pojawiają się uliczne przekąski, których było jakby mniej w Rwandzie i szaszłyki sprzedawane pasażerom przystających na skrzyżowaniach autobusów. Nie jesteśmy jeszcze na nie gotowi.

Szalona jazda przez Burundi

Wracamy do busa i ruszamy w szaloną podróż w kierunku Bużumbury. Kierowca sprawia wrażenie jakby zapomniał o wszystkich przepisach drogowych, których przestrzegał w Rwandzie. Pędzi z zawrotną prędkością po krętych górskich drogach. Wyprzedza na zakrętach na trzeciego. Nawet Rwandyjczycy są przerażeni. Krzyczą, aby zwolnił. Zwalnia, ale po paru minutach znów przyspiesza. W wyobraźni czołowe zderzenie z samochodem z naprzeciwka przeżywamy chyba ze trzy razy. Za każdym razem jednak jakimś cudem udaje się w ostatniej chwili odbić na właściwy tor jazdy.

Jest przyjemnie zielono. Zwraca uwagę jeszcze większa ilość drzew niż na południu Rwandy. Mijamy prawdziwy pierwotny las, niezniszczony wojnami i wycinką. Musieliśmy być całkiem wysoko nad poziomem morza, bo droga przez długie kilometry prowadzi w dół.

Mijamy ciężarówki, na których dostrzegamy Burundyjczyków podróżujących w zakamarkach pojazdów. W nadkolach, na zbiorniku z paliwem i w wielu miejscach, gdzie jest choć kawałek przestrzeni. Rowerzyści na podjazdach chwytają się z mozołem wspinających się pojazdów i ułatwiają sobie podróż. A ci, którzy rowerów nie mają, jakimś cudem siadają w różnych zakamarkach nadwozia i jadą na gapę.

Burundi - w zakamarkach ciężarówek
W drodze do Burundi – w zakamarkach ciężarówek

Mijane wioski są bardzo biedne. Jest brudno. Panuje spory bałagan. Teoretycznie jest zgodnie z moimi przewidywaniami. A może nawet gorzej niż się spodziewałem. Zobaczymy co będzie w stolicy. Tylko żeby dojechać w całości.

Robi się cieplej. Pojawiają się palmy i całe mnóstwo producentów świeżo wypalanych cegieł. Jest tego całe mnóstwo. Kto to wszystko kupi?

Pierwsze chwile w Bużumburze

Nagle dostrzegamy jezioro Tanganika. Przed nami piękny widok na jezioro i Bużumburę To tam właśnie zmierzamy. Przed nami jednak jeszcze spory odcinek zjazdu z górki. Czy stolica z bliska będzie ładna? Raczej się na to nie zapowiada. Miasto jest strasznie biedne. Żartujemy między sobą, że w Bużumburze nie ma nawet motocykli, które służyły w Rwandzie jako taksówki miejskie. Zastąpiły je rowery z kierowcami do wynajęcia. Trochę mnie zatkało. Trochę się boję. Muszę się przyzwyczaić. Przecież w Ugandzie też na początku odczuwałem strach.

Od dobrych kilku kilometrów jadę na stojąco. Musieliśmy zrobić małe przetasowanie, bo kilka osób chciało wysiąść i w wyniku tego straciłem moje siedzące miejsce. Autobus wiezie nas na dworzec autobusowy przez prawdziwie podłe okolice.

Gdy tylko wysiadamy z pojazdu, dopada nas jakiś gość w mundurze, zabiera paszporty i prowadzi do kanciapy spisując nasze dane. Taksówkarze nagabują na swoje usługi. Bierzemy tego, który był pierwszy i płynnie mówi po angielsku. Jedziemy do Saga Plage. Najpierw jednak musimy zdobyć burundyjskie franki. Taksówkarz wiezie nas do centrum.

Podejrzewam, że osoby, które nigdy nie były w Afryce nie są w stanie sobie wyobrazić centrum Bużumbury. Chaos, sklepy za kratami, podejrzane typy, pełno żebraków, strach. A my musimy wyjść do kantoru. To jakaś speluna w zakratowanym korytarzu. Wymieniamy 600 dolarów. Dostajemy cały stos burundyjskich franków. Wyglądają jak sprane szmaty, a nie pieniądze. Chyba nikt ich nigdy nie wymienia na nowe. Banknoty są niewyobrażalnie zniszczone. Prawie nie widać nominałów. Przechrzciliśmy więc franki na szmaty i taką nazwą od tej pory się posługujemy. Wymiana się udała, więc jedziemy do hotelu.

W hotelu nad jeziorem Tanganika

Olewamy kilka rezerwacji, które zrobiliśmy przed wyjazdem po to, aby uzyskać burundyjską wizę. Jedziemy do rekomendowanego przez Grzegorza hotelu nad samym jeziorem, na pięknej piaszczystej plaży.

Przedarliśmy się szczęśliwie przez brzydkie miasto. Nie było blokad, nie było napadów. Tu jest trochę lepiej niż w centrum Bużumbury. Ale i tak nieco się boimy. Wynajmujemy fajny bungalow na plaży za 65 dolarów za noc. Staramy się oswoić z nowym krajem, ale na razie nie wychodzi. Czuję się naprawdę nieswojo.

Przy plaży jest bar, chociaż jego konstrukcja jest wątpliwej jakości. Wygląda jakby zaraz miał się przewrócić do jeziora. Schody już od dawna są połamane, a bar, jak łódka, kołysze się na falach jeziora. Czy spadniemy? Na razie jest ok. Jest cieplutko i przyjemnie. To zasłużona chwila oddechu po szaleńczej podróży i szoku po przybyciu do Bużumbury.

Łódka na jeziorze Tanganika
Łódka na jeziorze Tanganika

Poszukiwanie karty SIM

Zastanawiamy się, co można robić przez cały dzień. Nie zamierzamy przecież tak bezczynnie siedzieć. Powinniśmy zorganizować miejscową kartę SIM z burundyjskim numerem telefonu żeby czasem odzywać się do Polski. Okazuje się, że żaden z naszych telefonów w Burundi nie działa. Żadna polska firma nie posiada umowy roamingowej z burundyjskimi operatorami. Tym bardziej konieczne jest zorganizowanie karty SIM.

Aby przezwyciężyć strach idziemy z Robertem do miasta. Wzbudzamy spore zainteresowanie. Burundyjczycy śmieją się, pokazują nas palcami. Ale jeszcze nie jest źle. Po kilku próbach dogadania się w sprawie kupna karty SIM po angielsku, francusku i w suahili w końcu udaje się. Kupujemy dwie karty z dwoma numerami i po butelce chłodnej cocacoli. Karty działają, więc możemy odetchnąć.

Rowerowa przejażdżka do supermarketu

Wiedząc, że język francuski i suahili to będą najważniejsze języki w Burundi próbujemy znaleźć supermarket. W jakimkolwiek jednak języku byśmy nie mówili i tak wszyscy się z nas podejrzanie śmieją. Dogadujemy się w końcu z chłopakami na rowerach. Mają nas zawieźć do supermarketu. Tak przynajmniej nam się wydaje. Ale gdzie to jest? Tego chyba jeszcze nawet oni nie wiedzą. Gdy nudzi się im paradowanie z muzungu na bagażnikach rowerowych zatrzymują się i wspólnie zastanawiamy się, gdzie tak naprawdę chcemy jechać i co to jest supermarket. W końcu znajdujemy odpowiednie miejsce. Nazwa się zgadza. Może jego wielkość może nieco dziwić, ale jest kilka podstawowych towarów. Robimy podstawowe zakupy i prawdziwą taksówką wracamy do hotelu. Pierwszy kontakt z miastem za nami. Nic się nie stało. Ale wrażenia nie są najlepsze.

Supermarket w Burundi
Supermarket w Burundi

Karty są słabe. Nie ma możliwości wysłania sms do Polski. Ale ważne, że są. Dzwonimy więc do Polski, aby zameldować dotarcie do Burundi. Kosztuje to całkiem sporo, ale i tak jest lepiej niż bez żadnego telefonu. Możemy nawet dzwonić do siebie nawzajem na burundyjskie numery – w końcu mamy dwie karty.

Wieczorna wizyta w agencji turystycznej

Korzystając z burundyjskich kart dzwonimy do agencji turystycznej, która chciała nam zarezerwować jeden z hoteli i umawiamy się z dziewczyną na plaży. Piejmy piwko i jest przyjemnie. Dziewczyny przy plaży kołyszą się w rytm muzyki, a my kątem oka obserwujemy, jak fajnie się poruszają. W międzyczasie przyjeżdża dziewczyna z biura. Ładna, ale spora. Dobrze mówi po angielsku. Omawiamy z nią to, co chcemy zobaczyć w Burundi i stawiamy jej piwo. Chyba się trochę gubi i lekko wstawia. Mówi, że lepiej będzie jak pojedziemy z nią do biura.

Jesteśmy tu ledwie parę godzin, wciąż pełni obaw, a po ciemku ponownie wybieramy się do Bużumbury. Wskaźnik odwagi wynosi dwa piwa – to główna przyczyna naszej odwagi.

Jedziemy. Miasto jest okropne również po ciemku. Dziewczyna po piwie nie prowadzi zbyt dobrze. Plącze jej się język. Na szczęście biuro, choć w centrum, nie jest zbyt daleko. Okolica wygląda podejrzanie, jak zresztą cała Bużumbura. Szybko wchodzimy do małego biura i zamykamy się kłódką za grubymi kratami. Dziewczyna mówi, że teraz jest bezpiecznie. Z mozołem próbuje przygotować nam ofertę na wycieczkę po Burundi. Początkową cenę 2 000 USD uznajemy za szaloną. Bierzemy więc sprawę w swoje ręce. Cena spada do 500 USD. Będziemy za to mieli 3 dni podróżowania i najważniejsze – wejście na Mount Hehę.  Po uzgodnieniu wszystkiego wracamy do Saga Plage. Pierwszy dzień w mrocznym Burundi za nami.

Informacje praktyczne przed podróżą do Burundi

Przed podróżą do Afryki warto zerknąć na kilka wskazówek ułatwiających planowanie podróży. Sprawdź, jak zaplanować podróż do Afryki, gdzie znaleźć tanie bilety oraz co spakować. Zerknij też na przykładowe koszty i ceny w Burundi (według stanu na 2013 rok) i wspomnienia związane z wyrobieniem wizy do Burundi.

Zdjęcia i wspomnienia z podróży

W galerii znajdziesz też zdjęcia z podróży do Burundi. Wszystkie odcinki relacji z podróży do Burundi można przeczytać na blogu z podróży do Rwandy, Burundi i Tanzanii.

Pamiątki z Afryki – sklep afrykański z rzeźbami i maskami

Jeśli ciekawią Cię różne oryginalne przedmioty z drewna z Afryki – zajrzyj do mojego sklepu afrykańskiego. Znajdziesz w nim dużo interesujących masek, rzeźb i figurek wykonanych przez artystów z wielu afrykańskich państw. Gorąco polecam!

Sklep Szczyty Afryki informacja pozioma

Album fotograficzny ze zdjęciami

Polecam też album fotograficzny „W drodze na najwyższe szczyty Afryki” (jestem jego autorem!) ze zdjęciami z Rwandy. Oprócz zdjęć znajdziesz w nim również opowieści z podróży po Afryce oraz wspomnienia i ciekawostki z górskich wędrówek po Afryce. Oczywiście są w nim obszerne fragmenty poświęcone górom Rwandy, Burundi i Tanzanii. Polecam!

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.